Być może jesteśmy wszyscy nieświadomie uczestnikami wielkiego przedsięwzięcia – i to naprawdę takiego, które charakteryzuje potężny rozmach. Czy to zaczipowanie przez masoński rząd światowy? Czy to tajemna inwazja Reptilian? Ależ skąd – po prostu z roku na roku bijemy rekord w przeżywaniu coraz to większej liczby „końców świata”. I końca nie widać (ba dum tss).

Raz na jakiś czas w mediach pojawia się informacja na temat jakiejś asteroidy, która zmierza w kierunku Ziemi – ostatnio była to asteroida o jakże pięknym numerze 418135 (2008 AG33) i niektórzy dziennikarze wykorzystali ten fakt, by podkreślić, jaka to ona jest wielka i jak niebywale blisko naszej planety się znajdzie. Wiadomo – możliwość ewentualnej kolizji z naszym kosmicznym domkiem jest potencjalnie interesująca, ale podobne akcje zawsze kończą się tak samo, czyli włos nam z głowy nie spada. Tak też było i tym razem, jak się pewnie domyśliliście, skoro czytacie w spokoju ten tekst.

Niemniej zawsze, gdy podobne opowieści rozprzestrzeniają się po Internecie z prędkością Usaina Bolta u szczytu kariery, pojawiają się dywagacje na temat tego, że uff, jest, doczekaliśmy się – oto następuje koniec świata, kres dziejów, finisaż żywota, absolutny „the end”, zmierzch historii, ostatnie podrygi wszelkich losów kolei. My się chyba po prostu szalenie lubujemy w takich tematach.

Jest ku temu być może pewna podstawa, bowiem uderzenie gigantycznej asteroidy w Ziemię faktycznie wywołało pewien –powiedzmy – „koniec świata” dziesiątki milionów lat temu. Któż bowiem nie słyszał o tym, że kosmiczna niespodzianka doprowadziła do wyginięcia dinozaurów i całkowitej zmiany tego, jak wyglądała kiedyś ta planeta? Oczywiście proces znany jako wymieranie kredowe objął nie tylko T-Rexa z kumplami i miał charakter długotrwały, ale był swoistym pogrzebaniem (w sumie często dosłownie) dawnego życia ziemskiego.

Sylwester II – papież, od którego zaczęło się ugi-bugi (domena publiczna).

Od Szymona do Sylwestra

Minęło trochę – no dobra, dużo – czasu i pojawili się ludzie rozumni, którzy z lubością podejmowali temat wymazania z historii własnego gatunku. Jedno z pierwszych rozważań – jeśli nie pierwsze – pojawiło się już na samym początku naszej ery, kiedy to Szymon bar Giora, uczestnik powstania żydowskiego przeciwko Rzymianom uznał, że no nie, takie wielkie walki jak te to niechybna oznaka końca i zwiastun przyjścia Mesjasza. No i pierwszą pomyłkę mamy już odhaczoną.

Miał on różnych naśladowców, ale prawdziwa zabawa zaczęła się na przełomie mileniów. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego koniec każdego roku obchodzimy hucznie pod mianem Sylwestra? „Bo wtedy są imieniny Sylwka, głupieloku” – rzekniecie i będzie to oczywiście prawda, ale ta opowieść ma drugie dno.

Jak bowiem głoszą różne przekazy, kiedy zaczął się zbliżać rok 1000 pojawił się masowy strach dotyczący tego, że taka ładna, okrągła liczba oznacza jednocześnie wyzerowanie licznika, więc możemy niebawem liczyć, na bitwę na polach Armagedonu, ognie piekielne, załamanie rzeczywistości i co kto tam sobie chce. Gdy więc nastała zmiana daty, która miała być tą graniczną i – niespodzianka – nic się nie stało, ludzie mieli zacząć hucznie świętować z tego powodu i tak narodziła się tradycja, dzięki której niektórzy piją dziś 10 harnasiów pod sceną w Zakopanem rok w rok. Ach, byłbym zapomniał – papieżem był wówczas Sylwester II.

Można się wyśmiewać z tej sytuacji ale prawda jest taka, że minęło tysiąc lat i ludzie nadal byli w stanie popadać w całkowity strach związany z pewnymi konkretnymi zmianami w kalendarzu. Tyle że w okolicach roku 2000 przedmiotem dysputy było nie gotowanie się w piekielnym kotle, a elektronika. A konkretnie problem pluskwy milenijnej.

Tablica wita cieplutko w roku 1900. Drobna niedogodność związana z rokiem 2000 (fot. Bug de l’an 2000 / CC BY-SA 3.0).

Pluskwa, która nie ugryzła

Przyznam szczerze – chodziłem już wówczas po tym łez padole, ale miałem ledwie sześć lat, więc moim największym zmartwieniem było to, by obejrzeć nowy odcinek „Eda, Edda i Eddy’ego” , a nie to, czy padną wszystkie komputery. Nie pamiętam więc dokładnie całej tej sprawy, ale im więcej o niej czytam, tym bardziej mam wrażenie, że to był naprawdę – jak to mawiają Japończycy – „real deal”.

Dla tych, którzy z roku 2000 pamiętają już jedynie transfer Luisa Figo z Barcelony do Realu: problem pluskwy milenijnej miał polegać na tym, że w komputerach stosowano niegdyś dwucyfrowy zakres przedstawiania lat – czyli w takim układzie rok 2022 i 1922 widziany był przez system mniej więcej tak samo (tu 22 i tu 22; oczywiście bardzo mocno to upraszczam). Nastanie nowego milenium miało spowodować globalne problemy, zapaść systemów komputerowych, a w związku z tym i potworne kłopoty z infrastrukturą, pracą różnych zakładów etc., bowiem już wówczas wiele z nich polegało na komputerach.

Globalna katastrofa się oczywiście nie wydarzyła – co najwyżej jakieś wyświetlacze na stacjach kolejowych zanotowały przez moment pomieszanie z poplątaniem, ale wszystko koniec końców wróciło do normy. No ale kto zabroni się ludzkiej braci ekscytować nadejściem kolejnego tysiąclecia?

Zakończenie kalendarza Majów dało nam wielki nic. A spodziewaliśmy się chociaż maleńkiej asteroidki… (fot. mohamed_hassan / Pixabay).

2012, czyli Majowie przychodzą w grudniu

No a potem nastąpił prawdziwy „creme de la meme” – rok 2012, koniec końców, wisienka na torcie wszelkich apokalips. Pamiętam doskonale, że już na parę lat wcześniej grzano temat dotyczący tego, że kalendarz Majów miał się kończyć dokładnie 21 grudnia 2012 roku, co wzięto za datę oznaczającą, że nasz świat się przewróci i sobie buźkę rozwali. Jak miałoby do tego dojść? Tego chyba jednoznacznie nie ustalono, bo pojawiły się dziesiątki teorii, każda bardziej fantazyjna od poprzedniej.

Z tym podnieceniem datą 21.12.2012 mam i dobre, i złe wspomnienia. Złe jest na przykład takie, że – nawiązując do tego, co pisałem akapit wcześniej – w 2009 roku obejrzałem film o tytule… no tak, „2012”, który miał traktować o zapowiadanym końcu świata i muszę przyznać, że była to jedna z gorszych produkcji, jakie kiedykolwiek widziałem – i do tego zapłaciłem za to kupując bilet do kina. Gdy tak patrzę na mój profil na Filmwebie, to dałem tej produkcji oszałamiające 2/10 – teraz pewnie nie byłbym taki edgy, no ale wciąż – to był przykład kiepskiego wyciągania hajsu na tym trendzie.

Z dobrych rzeczy zaś – jednego z najlepszych koncertów muzycznych w życiu doświadczyłem dokładnie 21 grudnia 2012 roku, w nieodżałowanym klubie „Za Mostem” w Sosnowcu. Zespół, który wówczas występował na scenie nazywał się… no oczywiście Koniec Świata, więc to już samo w sobie było magiczne. W pewnym momencie w klubie wysiadł prąd – do dziś nie wiem, czy to był zwykły przypadek, czy celowy zabieg organizatorów, żart, który miał zbudować klimat. No ale wyszło zabawnie.

No i po tych wszystkich przepowiedniach, przewidywaniach, groźbach, domysłach i wymysłach wciąż trwamy i wciąż – z jakichś niezrozumiałych względów – wciąż oczekujemy zakończenia wszelkich trosk dokonanego przez duży kamyk uderzający w Ziemię. Opowieści o groźnych asteroidach brzmią kusząco, ale jeśli NASA ostrzega, że coś leci blisko nas, to „blisko” jest odniesieniem przede wszystkim do gigantycznych rozmiarów kosmosu, a nie domu po drugiej stronie ulicy. Panikować nie ma co, zwłaszcza średnio co parę miesięcy.

Oczywiście kiedyś nastąpi fizyczny koniec świata – za jakieś 10 miliardów lat, kiedy to zacznie się śmierć Słońca, które zmieni się najpierw w czerwonego olbrzyma, potem w białego karła itp. No ale to nie nasz problem.

Może to będzie problem cywilizacji robotów, która nas kiedyś unicestwi? No bo czemu niby nie? Koniec świata związany jest z nieskończoną fantazją!

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Powiązane posty

Dodaj komentarz