Otworzyli muzea! Nareszcie – chciałoby się rzec, a przynajmniej ja bym chciał tak rzec, bo uwielbiam tego typu przybytki. O ile większa byłaby moja radość, gdyby w Muzeum Kultury Egipskiej czekał na mnie wygenerowany cyfrowo faraon sprzed tysięcy lat?  I gdyby przemówił do mnie w zasadzie prawdziwym  – choć, paradoksalnie, stworzonym przez syntezator – głosem? Jesteśmy w takim ciekawym punkcie rozwoju ludzkości, że nie można tego wykluczyć.

Jest ciekawie…

Nie jestem dobrym materiałem do badań nad tym, w jaki sposób można wzbudzać w człowieku zainteresowanie muzeami. Powód jest prosty – bardzo lubię odwiedzać muzea i całkowicie szczerze i nieironicznie uważam, że nie odwiedziłem w życiu złego muzeum. Wiadomo, niektóre z nich były ciekawsze i lepiej zorganizowane, niektóre nieco mniej pobudzające wyobraźnie i zrobione z mniejszą „iskrą”.

Każde jednak opowiadało jakąś swoją historię i za każdym razem łykałem te historie jak kolejne kostki czekolady z tabliczki – łatwo, szybko i z przyjemnością.  Zdaje sobie jednak sprawę, że cała masa ludzi zwyczajnie nie gustuje w takich rozrywkach i znużenie w trakcie wystawy pojawia się  u nich dramatycznie szybko, zwłaszcza, jeśli ekspozycja jest słabo urozmaicona. Absolutnym „top tierem” powinny być więc muzea (tudzież placówki edukacyjne innego typu), w których coś się dzieje, jest hałas, ruch, dźwięk i interakcja. Tu oczywiście przychodzą z pomocą nowe technologie – wizualne, ale też i związane z oprawą audio.

Ktoś może zakrzyknąć: „Hej, łysy typie! Jesteś trochę do tyłu – takie rozwiązania przecież istnieją od lat!”. Taki jegomość nie minie się z prawdą, bo dawno minęły czasy, gdy w większości muzeów, nawet  tych z nieco uboższym budżetem, stawia się po prostu manekina w przebraniu woja i organizuje przedstawienie pod tytułem „Patrzcie, jak się kurzy”. Teraz zwiedzający mają do dyspozycji ekrany interaktywne, które pozwalają nawet na rozwiązywanie łamigłówek.

Mogą samodzielnie odtwarzać  sobie materiały video i audio dowolną liczbę razy i w dowolnej konfiguracji, albo obejrzeć filmy w nietypowych okolicznościach – na ekranie wkomponowanym w ścianę budynku, albo znajdującym się chociażby w tramwaju (pozdrawiam Muzeum Powstań Śląskich w Świętochłowicach). Nawet dźwiękiem można kreatywnie zagrać – kto zwiedzał Muzeum Powstania Warszawskiego i słyszał w uszach miarowe dudnienie, które po chwili można było rozpoznać jako bicie serca, wie o czym mówię.

Muzea już robią się coraz ciekawsze, piękniejsze i nowocześniejsze. W przyszłości dadzą nam jeszcze lepszą immersję! (fot. Ichigo121212, Pixabay License).

…i będzie jeszcze ciekawiej!

To wszystko może się jednak z czasem okazać zbyt małą innowacją. Czemu by więc nie „przywrócić do życia” świadków historii? Teraz okazuje się to w zasadzie niezwykle łatwe (no dobra, ja bym tak nie umiał) – ostatnio gdzieś w czeluściach Internetu mignęła mi wrzutka ze znanego i lubianego serwisu Bored Panda, który udostępnił arcyciekawe prace Nathana Shipley’a. Artysta (bo tak z całą pewnością można określić tego gościa) na podstawie mających już kilka ładnych stuleci obrazów stworzył bardzo realistyczne wizerunki wielu historycznych postaci – chociażby Szekspira, Henryka VI, Jerzego Waszyngtona czy Beniamina Franklina.

Podobne, piorunujące wrażenie zrobiły na mnie jeszcze wcześniej prace Hadiego Karimiego, Irańczyka rodem z Teheranu, który zaczął tworzyć niesamowite modele 3D przedstawiające m.in. słynnych kompozytorów, w tym naszego (Hurra, husaria!) Fryderyka Chopina. Pod jedną z prac Karimiego – przedstawiającą całkiem nam współczesną (i przy okazji dobrą) aktorkę Anne Hathaway jeden z użytkowników napomknął, iż fantastyczne byłoby przywrócenie do życia wizerunków nieżyjących już od dawna postaci kina – np. Marylin Monroe czy Humphrey’a Bogarta i wykorzystanie ich w nowym filmie.

To faktycznie opcja nader kusząca, a do tego jak najbardziej możliwa przy dużych nakładach pieniężnych, które pozwalałyby na pełną animację postaci w określonym środowisku przez, powiedzmy, 1,5 h. No ale czego Hollywood nie zrobi, by pomnożyć pieniądze? Tymczasem nawet jedna osoba jest w stanie dokonać cudów przy animacji twarzy osób, które żyły wiele lat temu, albo wręcz w ogóle nie istniały – Denis Shiryaev nie tylko ulepsza jakość dawnych materiałów filmowych i dokonuje ich koloryzacji, ale z wykorzystaniem wszelkich dobrodziejstw A.I. animuje od czasu do czasu twarze widoczne na obrazach – tchnął ponownie życie chociażby w Mona Lisę czy Fridę Kahlo.

Swoją drogą szperając nieco w Google udało mi się odkryć, że takie cuda dzieją się w Polsce – Shiryaev, choć jest Rosjaninem, to żyje i prowadzi firmę w Trójmieście. Fajnie – to kolejny wielki wkład w historię światowego Internetu związany z Polską, zaraz obok utworu Cypisa „Gdzie jest biały węgorz? (Zejście)”.

Czy gdzieś po drodze wspomniałem o koloryzacji materiałów? Tak się składa, że podobne hobby robi się coraz popularniejsze i w sieciowych odmętach można znaleźć niesamowicie uzdolnionych ludzi, którzy potrafią doskonale ubarwić np. stare fotografie. Tacy ludzie jak Mikołaj Kaczmarek czy Julius Jääskeläinen swoimi kolorowymi czary-mary potrafią zupełnie zmienić percepcję zdjęcia. A jeśli sami chcecie zabawić się w koloryzatorów, to taka Algorithmia jest w stanie Wam nieco pomóc, choć niedokładnie. No i nigdy nie wiecie, czy ktoś nie zhackuje serwisu i nie podkradnie twarzy Waszego pradziadka, żeby na biednego nieboszczyka wziąć kredyt chwilówkę.

Głośniej, mumio!

Teraz został audiowizualny gwóźdź programu. Tylko uwaga, bo na razie jest śmieszny jak nie wiem. Potrafimy wygenerować nawet najmniejszy mięsień na twarzy kompozytora, który wącha kwiatki od spodu od 200 lat. Jesteśmy w stanie ten mięsień, w pełni mięśniowego koloru, animować, tworząc wielokrotne sekwencje ruchu. Ale czy przywrócimy kiedyś kompozytorowi głos, żeby mógł  nam poopowiadać, jak to kiedyś w świetnym stylu przeanalizował fugę d-moll?

Nie ma głupich. Nie użyjemy tablicy ouii… oua… uahaha… No tej co niby przyzywa duchy z zaświatów. Możemy jednak na bazie pozostałości po cielesnej powłoce danego człowieka odtworzyć jego głos. Brzmi absurdalnie? Na początku ubiegłego roku grupa naukowców z Uniwersytetu Londyńskiego dokonała niezwykłego – przebadała szczątki egipskiego kapłana zmarłego przed 3000 lat i dzięki porządnej mumifikacji zwłok była w stanie zrekonstruować przewód głosowy dawnego Egipcjanina. Potem zostało już tylko wydrukować ów przewód w 3D i dokonać syntezacji głosu. Brzmi ona niesamowicie śmiesznie, bo można było wygenerować na razie tylko przeciągłe „Eee” w stylu Roberta Makłowicza, ale, koniec końców, to mamy do czynienia z fantastycznym osiągnięciem nauki.

Dlaczego wymieniłem te wszystkie przykłady „przywracania do życia” postaci dawnych? Bo, jestem o tym przekonany, tak będzie wyglądać przyszłość, pewnie dalsza niż bliższa, muzealnictwa i edukacji muzealnej. Zamiast aktorów przebranych w historyczne szaty, których będziemy obserwować dzięki zwykłemu, znanemu z uczelni projektorowi (najgorszej zmorze pana prof. dr. mgr. inż. hab.) zobaczymy wyglądające jak żywe postaci, którym najpierw nadamy kolor, potem głębię 3D i szczegółową animację, a na koniec obdarzymy ich głosem (jeśli akurat ich szczątki zachowają się na tyle dobrze, lub będziemy mieć próbkę ich głosu.

Hologram nauczycielem życia

A w jaki sposób mielibyśmy przedstawiać postaci historyczne, by ich wizerunek był ciekawy, żywy, przykuwający wzrok i słuch? Czemu by nie wykorzystać hologramu, dokładnie jak księżniczka Leia Organa, mówiąca Obi-Wanowi, że jest jej jedyną nadzieją? Skoro doszliśmy do momentu, w którym publikę na koncercie mogą bawić hologramy nieżyjących od lat 2Paca czy Ronniego Jamesa Dio, to dlaczego mielibyśmy nie wykorzystać tej technologii w innych okolicznościach, do pracy dydaktycznej?

Na razie koszt wygenerowania takiego hologramu to setki tysięcy dolarów, więc nie każde muzeum czy centrum naukowe sobie na to pozwoli (dobra, praktycznie żadne), z czasem możliwości technologiczne sprawią, że takie rozwiązania staną się powszechniejsze i nieco tańsze. Illinois Holocaust Museum and Education Center już teraz stosuje hologramy przedstawiające realnych świadków historii, jednak działają na bazie współczesnych nagrań. Czy pójdziemy krok dalej?

Przed nami też ciekawy ciekawy dylemat moralny, co można zrobić, a czego nie można robić przy tej cyfrowej nekromancji. Gdy oglądamy zwykły  film historyczny nie rozmyślamy przecież, że dana postać dokładnie tak się zachowała, powiedziała dokładnie to samo etc. Jest to umowna konwencja, bazująca na źródłach (a przynajmniej tak powinno być), więc uważam, że stworzenie gadającej, wymodelowanej w 3D głowy Mozarta, która powie nam co nieco o swojej biografii nie będzie wielką zbrodnią.

Co jednak, jeśli odtworzymy cyfrowo Marylin Monroe i damy jej zupełnie nową rolę do odegrania? Czy to będzie cud naszych czasów, czy raczej żerowanie na wizerunku zmarłej osoby? Obawiam się, że raczej wyjdzie to drugie, ale z czasem zostanie znormalizowane.

O tym, że wkrótce nie będziemy potrzebować aktorów, czy też dziennikarzy, bo wszystko zastąpią groźne kąkutery, można napisać cały oddzielny tekst, to jednak przy innej okazji. Na razie marzę o tym, żeby zagrać w interaktywną gierkę muzealną, w której cyfrowy Napoleon krzyczy na mnie po francusku, że źle przestawiłem  pionki na mapie i kolejny raz przegrywam mu bitwę pod Waterloo.

Tymczasem polecam wybrać się do naszych normalnych, niefuturystycznych w wyrazie placówek muzealnych. Śpieszmy się odwiedzać muzea – tak szybko je zamykają, nie wiedzieć czemu.

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe