Gdybym posiadł tajemną zdolność przewidywania przyszłości niczym jakiś wróż Maciej, pewnie dawno temu kupiłbym bitcoiny w cenie gumy kulki, ewentualnie postawiłbym wszystkie pieniądze na to, że Marcin Najman zacznie kopać przeciwnika w trakcie pojedynku bokserskiego. Niestety, przewidywać nie potrafię, ale podziwiam ludzi, którzy to umieją – np. 120 lat temu we Francji całkiem nieźle przedstawiono smart domy przyszłości…

Jest takie memiczne hasło „I bet there will be flying cars in the future”, czyli „Założę się, że w przyszłości będą latające samochody”. Zwykle poprzedza ono jakiś zupełnie abstrakcyjny news z naszych czasów, np. o tym, że naukowcy poświęcili swój czas na nauczenie fok nucenia motywu przewodniego z „Gwiezdnych wojen”. Wiele lat temu, wcześniej nawet, niż gdy wszyscy zaprzedaliśmy cały nasz czas wolny  i niewolny Internetowi, ludzie naprawdę śnili o latających samochodach czy nowych sposobach komunikacji. I co ciekawe, niektóre z ich snów się ziściły.

Mniej więcej na przełomie XIX i XX wieku we Francji zaczęła powstawać seria rysunków, którą ochrzczono tytułem „En L’An 2000” – „W roku 2000”. Autorzy, których było kilku, weszli więc w buty zaawansowanych futurologów i starali się przewidzieć wydarzenia, które miałyby mieć miejsce za odległe sto lat. Nie mogli oczywiście wówczas zakładać, że już za niespełna półtorej dekady wybuchnie wojna, która zmieni wszystko – od technologii, po polityczne układy i mentalność ludzką. Zresztą nie musieli chyba traktować sprawy śmiertelnie poważnie – rysunki nie szły do publikacji naukowej, tylko do opakowań cygar, ewentualnie na pocztówki.

I tak rysownicy wzięli na tapet np. te słynne latające samochody – czy też raczej, by być precyzyjnym, przedstawili samoloty w roli pojazdów typowych dla codziennego ruchu ulicznego. Dziś większość z nas wsiada do auta i jedzie do pracy albo do sklepu – w „En L’An 2000” by ruszyć w miasto trzeba było odpalić samolot jednoosobowy ze śmigiełkiem na dziobie i już można było poszwendać się po mieście bez celu, ewentualnie wyskoczyć do restauracji znajdującej się na dachu jakiegoś budynku i zamówić sobie coś orzeźwiającego do picia.

Tak jak w naszej rzeczywistości lepiej by było chyba jednak nie zamawiać wina, tudzież innych alkoholowych trunków, bo po pierwsze odpowiedzialny lotnik nie kręci tzw. beczek i nie pikuje prosto w ziemię, a po drugie lotnicza drogówka także w tej wizji funkcjonuje – co ciekawe policjanci mają na sobie XIX-wieczne odpowiedniki plecaków odrzutowych, tyle że działające na innej zasadzie, bo przy użyciu śmigiełek i, nie wiedzieć czemu, skrzydeł jak u nietoperza. Podobnie zresztą miałaby funkcjonować straż pożarna, ba, nawet myśliwi załapali się na te wynalazki i –  szczerze powiedziawszy – gdybym był sarną, to byłbym przerażony.

Nie było jednak tak, że Francuzi skupili się tylko na tym, co dzieje się wysoko przestworzach, zupełnie olewając – śladem kreskówki „Jetsonowie” – rzeczywistość dużo bardziej przyziemną, dosłownie i w przenośni. Nie wiem dlaczego, ale przy ruchu samochodowym przedstawiono jakieś walki pojazdów opancerzonych, wyposażonych w karabiny maszynowe, więc albo według rysowników w roku 2000 ma trwać drogowa wojna, albo założyli, że ludzie będą z czasem coraz bardziej nerwowi. W sumie tu mieli rację, ale na szczęście nikomu do głowy nie przyszło przypinać CKM do Passata, bo inaczej rondo Ziętka w Katowicach albo rondo Matecznego w Krakowie wyglądałoby jak pole bitwy pod Verdun.

Mógłbym również rozpisać się sporo na temat podwodnych przygód Francuzów z futurystycznego roku 2000, ale nasunęła mi się smutna konstatacja, że choć ruszyliśmy technologicznie z kopyta w XX wieku, choć polecieliśmy na Księżyc i z powrotem (tak wiem, reżyseria Stanley Kubrick), to dalej wiemy tak niewiele o głębiach morskich i oceanicznych, a kwestia eksploracji toni wodnych nabiera rozgłosu tylko wtedy, gdy reżyser „Terminatora” i „Avatara” James Cameron postanawia się zrzucić na samo dno Rowu Mariańskiego (naprawdę to zrobił – polecam tę historię). Przejdźmy więc do czegoś, co Was, drodzy Czytelnicy i Czytelniczki SmartMe powinno zainteresować szczególnie – do retrofuturystycznego smart domu, którego mieliśmy doświadczyć już w roku 2000.

I tu zaczyna się robić ciekawie, bo autorzy projektu, zamiast bujać w obłokach lub morskich głębiach, zajęli się kwestiami najbliższego otoczenia, spraw codziennych zaprzątających głowę przeciętnemu Pierre’owi czy zwykłej Marianne. Choć ich przewidywania wpasowały się w modłę późnego XIX i wczesnego XX wieku, to trafili w zaskakująco wiele rozwiązań technologicznych.

fot. Françoise Foliot, CC BY-SA 4.0

No bo czymże jest połączenie słuchawki starego telefonu, tuby gramofonowej i projektora prezentującego obraz oddalonej rozmówczyni, jak nie swoistą wersją Skype’a, Zooma czy innego Teamsa? Dziś konieczność używania tych programów to  trochę nasza zmora – w dobie pandemii musimy bowiem łączyć się z różnymi e-lekcjami, e-wykładami i e-rozmowami z szefem, by potem jednocześnie przysypiać i czuwać (na wypadek wywołania). Przed I wojną światową taki styl komunikacji, natychmiastowy i niemal nieustępujący rozmowie twarzą w twarz, był tylko wielkim marzeniem, ba, nawet zwykły telefon okazywał się iście królewskim luksusem.

Dziś nie mamy też problemu z tym, by podyktować cokolwiek maszynie – powiemy „Ok, Google” albo „Hej, Siri” i technologia jest na nasze usługi, możemy wyszukiwać najdziwniejsze nawet informacje, możemy nawet bez ładu i składu zanucić piosenkę której tytułu zapomnieliśmy, a algorytmy różnych programów spróbują odgadnąć, że chodziło nam o „Parostatek” Krzysia Krawczyka. W 1900 roku też marzono, by to maszyny odwaliły za nas część roboty, więc w „En L’An 2000” możemy zobaczyć też scenki w stylu „poważny pan autor dyktuje przez słuchawkę słowa maszynie do zapisania”.

Dużo genialniejsze jest jednak przewidzenie powstania audiobooków, tudzież audiogazet. Choć na początku wieku XX nagrania dźwiękowe nie były jakąś nieznaną dotychczas nowością (najstarsze zachowane nagranie pochodzi bodajże z lat 60. XIX wieku), to nikomu by przez głowę wtedy nie przeszło, by słuchać całych książek w formie audio. Nikomu, prócz francuskiego artysty Villemarda.

I tu ważna uwaga: nie wydaje mi się, by gdziekolwiek na świecie, nawet w znanej z innowacji technologicznych Japonii, można było rozsiąść się wygodnie w fotelu i co rano odsłuchać pełnowymiarowy materiał dźwiękowy będący odpowiednikiem papierowego wydania dziennika. Jasne, możemy wykupić e-wydanie i wrzucać je po kawałku do Ivony, no ale chyba każdy przyzna, że to nie jest optymalne rozwiązanie, zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia tylko z wersją demo i np. syntezator wymawia „o” zamiast „u” jak w starych filmikach na YouTube. Jesteśmy więc w niezwykłym momencie, w którym wizja rysownika sprzed grubo ponad stu lat zaczęła się już spełniać, ale prawdopodobnie wszystko jeszcze przed nami i dopiero za jakiś czas oddane do druku wydanie gazety będzie jednocześnie generowane do pliku audio i czytane aksamitnym i głosem komputerowego lektora/lektorki.

Jak mawia stare porzekadło, „potrzeba jest matką wynalazku”, a wszelkie wizje udogodnień w przyszłości są doskonałym odzwierciedleniem potrzeb danej epoki. Nie wiem, czy żyjąc w 1899 roku przykładałbym większą wagę do porządków domowych, czy tak jak dziś odwalałbym od czasu do czasu pod wpływem zmęczenia fuszerkę w stylu „byleby poupychać”. Na pewno jednak, z ręki ucałowaniem, przyjąłbym automatyzację sprzątania, a zwłaszcza gdybym pracował jako służący. Wychodząc naprzeciw takim oczekiwaniom Jean-Marc Côté narysował XIX-wieczną wersję Roomby i moim zdaniem jest ona obłędna.

To chyba mój ulubiony przykład z tej serii. Oczywiście jest jeszcze kilka dzieł tak abstrakcyjnych, że aż zabawnych – maszyna zamieniająca książki na wiedzę wtłaczaną do głów uczniów pod postacią fal; wykluwarka do jaj kurzych, działająca w sekundę; wyścigi na rybach pod wodą, niczym wyścigi  konne. Te też mi się straszliwie podobają, ale nie przewidziały  one specjalnie dobrze przyszłości. Ciężko było je także zmieścić wszystkie w formie ilustracji do tekstu, także gorąco zachęcam do zajrzenia pod ten link do pełnej galerii Wiki Commons.

Być może któreś z przewidywań jeszcze Was zaskoczą lub rozbawią, ale pamiętajmy, że nasze życia to mgnienie oka historii – jeśli dziś bawimy się w najbardziej niedorzeczne wizje, to w którymś momencie mogą one stać się prawdą. A wtedy z wariatów staniemy się – no właśnie, wizjonerami.

Jeśli macie pomysły na jakieś przyszłościowe smart rozwiązania do Waszych domów, to chętnie o nich poczytam. A tymczasem może faktycznie poszukam gdzieś na Allegro wykluwarki do jaj…

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Powiązane posty

3 myśli na “XIX-wieczny Skype, czyli jak 120 lat temu wyobrażano sobie smart życie

  1. Manieczka pisze:

    No proszę, w średniowieczu marzyli o irobocie 🙂 Czas szybko leci, pamiętam jak za dzieciaka oglądało się Jetsonów z wypiekami na twarzy, a kilkanaście lat później sama mam roombę, asystenta google i smartwatcha, który organizuje mi czas.

    1. SmartMe pisze:

      Kiedyś Sci-Fi, a dzisiaj codzienność 🙂

  2. WWW.XMC.PL pisze:

    Jezeli ludzie szepcza i knuja za twoimi plecami to tylko znaczy ze ich wyprzedziles…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *