By zwiększyć prestiż danego państwa można zrobić wiele rzeczy. Zorganizować ultranowoczesną armię, albo utworzyć kilka elitarnych uniwersytetów. Sfinansować utworzenie zaawansowanych technologii, albo wybudować dziesiątki wspaniałych ośrodków sportowych. Chińczycy bez wątpienia mają próby i na tych polach – ale coraz mocnie próbują się też odznaczyć w kwestii eksploracji kosmosu.

Nie od dziś wiadomo, że Chińska Republika Ludowo-Demokratyczna ma spore ambicje, by zostać trwale i jednoznacznie uznaną za światowe mocarstwo. Tyczy się to wielu różnych pól, od sfery rolniczej, przez przemysłową, polityczną militarną i w końcu technologiczną.

Tu warto się na chwilę zatrzymać i pomyśleć, co w tej ostatniej kategorii próbują osiągnąć pobratymcy słynnego sprzedawcy jaj, Daja. Bez wątpienia starają się tworzyć własne linie samochodowe – bardziej lub mniej oryginalne, bo zdarzały im się już mocne „inspiracje” modelami zachodnimi. Mają własne sieci społecznościowe w Internecie (co oczywiście się wiąże z niepodważalnym istnieniem cenzury w ChRLD, niestety), a nawet robota kroczącego, podobno największego takiego skubańca na świecie.

No ale koniec końców prawdziwym oczkiem w głowie Chińczyków zdaje się być – no cóż, walka o kosmos. Przede wszystkim z Amerykanami, bo to oni są w tej kategorii największym konkurentem rządu w Pekinie. Pisałem zresztą swego czasu o tym, jak „Państwo Środka” coraz odważniej myśli o tym, by wyprzedzić USA w eksploracji – i bez wątpienia eksploatacji – Marsa.

To dosyć ładna klamra dziejowa, bo tak jak arcywrogiem szeroko rozumianego Zachodu był niegdyś Związek Radziecki, a teraz jest nim po raz kolejny Rosja (Choć czy przestała nim tak naprawdę kiedykolwiek być? Cóż…), tak kiedyś Stany Zjednoczone prowadziły wyścig kosmiczny z ZSRR… a teraz prowadzą go z ChRLD. Nawet mimo faktu. Że mówi się o tym zdecydowanie mniej.

Zwycięstwo w tej rywalizacji – jeśli dojdzie do jej jednoznacznego rozstrzygnięcia – będzie bez najmniejszych wątpliwości przyczynkiem do przypięcia sobie łatki przodownika globu, dominatora. To właśnie dlatego pod Wielkim Murem zrobiono już naprawdę wiele, by doganiać USA, zrównywać się z tym krajem, a – w bliższej lub dalszej przyszłości – przeskoczyć go. Przykłady?

Międzyna… Chińska Stacja Kosmiczna

Nie będę sięgał do zamierzchłych czasów (no dobra, w tym przypadku są to raczej zdarzenia z ostatniej dekady), a skupię się na najnowszych doniesieniach. One są i tak wystarczająco ciekawe- a może dla niektórych nawet zatrważające, jeśli nie lubią akurat, by kraj rządzony przez partie z członem „komunistyczna” w nazwie święciły sukcesy (ja osobiście za tym nie przepadam).

Przede wszystkim należy zacząć od tego, że Chińczycy rozwijają Tiangong, czyli swoją stację kosmiczną i robią to nie bez kozery – po prostu Amerykanie nie byli zbyt skorzy co do tego, by udostępniać im ISS, bo nie mają zamiaru dzielić się z nimi różnymi strategicznymi danymi, gdy nie jest to absolutnie konieczne. Problem z Międzynarodową Stacją Kosmiczną jest jednak taki, że… wieczna to ona nie będzie.

Według planów w roku 2031 ma zostać ona wycofana z użytku i tajkonauci nie chcą, by szansa im tu odjechała – Tiangong ma być tą opcją, która zastąpi poczciwe ISS i to Pekin będzie rozdawać w tej sytuacji karty. By jednak do tego doszło, musi nastąpić też pewna rozbudowa – i jest ona realizowana właśnie teraz, na naszych oczach (tzn. jeśli kupicie sobie ultradokładny teleskop).

ChRLD wysłało więc niedawno misję o uroczej, łatwej do wymówienia nazwie Shenzhou-14, w ramach której na ich stację posłano trzy osoby – dwóch mężczyzn i kobietę, mających pracować przy rozszerzeniu Tiangonga o dwa kolejne moduły. Nie chodzi jednak o „domodułowanie” samo w sobie, by w środku było więcej miejsca i by można było grać w piłkę nożną nieskrępowaną ziemską grawitacją, a o umożliwienie stworzenia zaawansowanego laboratorium orbitalnego, gdzie można będzie badać różne próbki pobrane z przepastnej Przestrzeni i obiektów w niej się znajdujących.

Jak szpiegować, to tylko w kosmosie

To jednak może nie być cała prawda – a tak przynajmniej twierdzi się w Waszyngtonie, gdzie otwarcie rozprawia się o tym, że tworzona właśnie z mozołem stacja ma nieco inne cele, niż Chińczycy publicznie deklarują – chodzi tu oczywiście o potencjalne szpiegowanie, przede wszystkim dotyczące USA. Pojęcie „satelita szpiegowski” jest znane od dawna i takie rozwiązania cały czas funkcjonują w najlepsze – podejrzewam, że u absolutnie każdego państwa, które jakkolwiek decyduje się na eksplorację kosmosu. Czemu więc szpiegowska nie miałaby być również stacja?

Co by tam tajkonautom po głowach nie chodziło, to jedno jest pewne – Chiny ogłosiły właśnie chęć stałego utrzymywania obecności swoich przedstawicieli w kosmosie i jest to bez wątpienia milowy krok dla tego państwa. A to nie wszystko, oj, co to, to nie.

Były takie momenty w chińskiej historii, gdy państwo to odstawało technologicznie od innych krajów świata i było to widoczne naprawdę w każdej płaszczyźnie życia. Dziś na prowincji oczywiście nie uświadczymy raczej dalej smart domów, ba, obstawiam, że spora część ludzi na wsiach ma np. problemy z takimi mediami jak woda i prąd, co stanowi silny kontrast z miastami. Niemniej pod względem technologicznego rozwoju Chińczycy prowadzą coraz to nowsze inwestycje – i starają się przewidywać przyszłość.

Interesują się Marsem, bo wiedzą, że to może im przynieść ogromne korzyści – badawcze, strategiczne czy nawet eksploatacyjne, bo kwestia terraformacji Marsa nie jest zupełnie niemożliwa czy tak odległa od nas, jak się może wydawać. Czemu by więc za X lat nie stworzyć na tej planecie milionów wielkich pól uprawnych i nie obserwować sobie z nich największej góry w Układzie Słonecznym, noszącej dźwięczną nazwę Olympus Mons?

Nowy Pekin… poza Układem Słonecznym

Byłoby to cenne – ale chyba nawet prostszą opcją byłoby znalezienie… drugiej Ziemi. Kiedyś bowiem wyciśniemy naszą obecną planetę jak cytrynę, do ostatnich soków i choć w Europie w większości regionów zmagamy się z populacyjnymi spadkami, to ogólnie liczba mieszkańców naszego globu rośnie i w wielu lokalizacjach mamy do czynienia ze skrajnym przeludnieniem.

Co więcej w przypadku wielu występujących u nas surowców problem jest taki, że ich zapasy są ograniczone, a w nie wszystkich przypadkach możemy przerzucać się na alternatywne źródła. No i nie zapominajmy o zanieczyszczeniach – jesteśmy niestety gatunkiem flejowatym i zostawiamy po sobie tony, tony odpadków.

Czyż więc opcja, w której kiedyś „wymienimy” sobie Ziemię nie brzmi bardzo kusząco? Dla Chin na pewno i to dlatego przy użyciu własnego, ogromniastego teleskopu kosmicznego ChRLD planuje monitorować kosmos w poszukiwaniu tzw. egzoplanety, czyli planety pozasłonecznej, która spełniałaby warunki kolonizacji.

A pierwszy, najbardziej ogólny warunek brzmi: ma być ona jak najbardziej podobna do Ziemi. No i powinna znajdować się w takiej odległości, która w bliższej lub dalszej przyszłości będzie osiągalna. Pekin ma wielkie ambicje, by to właśnie jego przedstawiciele jako pierwsi postawili na egzoplanecie stopę – i jako pierwsi ustanowili tam przyczółek, który da im przewagę nad innymi narodami. Cała operacja nosi kryptonim CHES i ma być stale i dynamicznie rozwijana. Na razie nie mamy jeszcze odpowiedzi na pytanie, czy osiągniemy kiedyś jakąś planetę pozasłoneczną – ale w przyszłości…

Czy w kosmosie będziemy mieć więc kiedyś „Nowe Chiny”? To więcej, niż prawdopodobne – w różnym rozumieniu. Ważne, żeby były tam jednak również i „Nowe Stany” i „Nowa Wielka Brytania” itp. Może nawet pojawi się „Nowa Nowa Zelandia” – to byłoby całkiem zabawne, więc za ten kraj też można trzymać kciuki!

Zdjęcie w tle tekstu: Shujianyang, CC BY-SA 4.0

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Powiązane posty