Z reguły staramy się być każdego dnia w czymś lepsi – trenujemy, uczymy się, odkrywamy nowe rzeczy, poszerzamy własne kompetencje. Być może w przyszłości nasz rozwój będzie zależał nie tylko głównie od naszych ambicji, ale też od tego, czy wybierzemy sobie odpowiedni implant.

Częstokroć nie doceniamy tego, w jak dynamicznie rozwijającej się rzeczywistości przyszło nam żyć – na przykład ledwie nieco ponad sto lat temu braciom Wright udało się zrobić z człowieka istotę zdolną do lotu, a tymczasem tuż za rogiem czają się już komercyjne, regularne loty w kosmos. Szaleństwo – kiedyś marzyli o tym głównie pisarze science fiction!

A jednak plany, marzenia, projekty, które snujemy w głowach, zamieniają się w coś rzeczywistego, nabierają realnych kształtów niemal błyskawicznie – patrząc oczywiście na to, jak długo funkcjonuje na tej planecie człowiek rozumny. I choć bardzo często spoglądamy gdzieś wysoko w niebo, albo staramy się tworzyć coraz szybsze i coraz bardziej skomplikowane machinerie, to nie możemy też zapominać, jak wile jesteśmy w stanie rozwinąć w związku z własnymi, ludzkimi ciałami.

Medycyna to doskonały przykład dynamicznego progresu – z roku na rok coraz mniej „nas boli”, możemy lepiej radzić sobie z chorobami, jesteśmy w stanie całkiem szybko reagować na dotychczas nierozpoznane zarazy. Jednakże do tego wszystkiego na horyzoncie pojawia się jeszcze jedna rewolucyjna opcja – modyfikacja naszych ciał w taki sposób, by można było je nie tylko „naprawiać”, ale też polepszać ich sprawność w wielu aspektach.

W tym momencie najłatwiej będzie mi się chyba odnieść – darujcie – do kultury popularnej i rozlicznych jej tekstów traktujących o ulepszeniach (nie: uniesieniach) cielesnych. Do głowy przychodzi mi przede wszystkim stareńki, pierwszy Deus Ex, który wprowadzał koncepcję nanowszczepu – modyfikacji pozwalającej człowiekowi osiągnąć niespotykane dotąd zdolności – zwiększyć np. jego siłę lub sprawić, że przez jakiś czas będzie dla wroga niewykrywalny.

Na nieco podobnej zasadzie – jak mi się zdaje – działały nanokombinezony w Crysisie, które także potrafiły dać ubranym w nie żołnierzom w zasadzie nadludzkie zdolności – siłę, szybkość, niewidzialność. Jeszcze innym przykładem, którym od zawsze się „jarałem” była protetyka w mandze Full Metal Alchemist, pozwalająca na stworzenie w pełni zmechanizowanych – i bardzo sprawnych – kończyn ludzkich.

Zapytacie pewnie: po co pisać o tych wszystkich głupotkach, skoro to dzieło fikcji, fantazji, ludzkich rozważań odzianych w płaszcz mniej lub bardziej sensownych fabuł? Otóż wiele wskazuje na to, że niedługo , choć w nieco innej skali i kontekście, będziemy korzystać z podobnych rozwiązań. Realnych.

Czy biegaczka z odpowiednim implantem w kolanie ma większe szanse na triumf, niż taka “niewyposażona”? (fot. ThomasWolter, Pixabay).

Kto ma bonus?

Realną postacią jest południowoafrykański biegacz, Oscar Pistorius . Historia jego życia w ostatnich latach wije się w cieniu śmierci jego partnerki (nie będę się tu przesadnie rozpisywał – polecam po prostu fanom true crime o tym przeczytać), ja chciałbym się jednak skupić na aspektach jego przerwanej kariery sportowej.

Pistorius znany był z tego, że został zawodowym biegaczem, choć od niemowlęctwa był pozbawiony części obu nóg – używał protez z włókna węglowego. Jego przypadek jest o tyle interesujący, że ktoś mógłby pomyśleć, iż nie dałby on rady konkurować z pełnosprawnymi sportowcami. Tyle że na ten temat trwała cała debata – i zastanawiano się, czy protezy nie dają mu wręcz przewagi nad pełnosprawną konkurencją!

W 2008 roku ogłoszono, że nie jest możliwy jego udział w igrzyskach olimpijskich – zostały mu zawody paraolimpijskie. Cztery  lata później, w Londynie, brał już udział w obu wydarzeniach, choć nie milkły echa dyskusji na temat tego, kto w tym przypadku ma „bonus” – Pistorius czy jego rywale.

Sam fakt, że protetyka stoi dziś na tak wysokim poziomie, że pozwala nie tylko na wygodne, codzienne funkcjonowanie, ale też na wyczynowe uprawianie sportu osobom niepełnosprawnym  – na często naprawdę wysokim poziome – to coś absolutnie fantastycznego.

Zaczynam się jednak zastanawiać, czy kiedyś nie dojdziemy technologicznie do momentu, w którym pełnosprawni sportowcy nie będą oczywiście korzystać z protez jako takich, ale zdecydują się na większe lub mniejsze modyfikacje ciała. I dopiero wtedy będzie zgryz, co daje przewagę, a co nie.

Czy mikrowszczep wzmacniający konkretny staw – np. w kolanie – nie okaże się czymś kuszącym dla atletów, skoro nie będzie wpływał na ich życie codzienne, a będzie w stanie poprawić w jakiś sposób ich wyniki? Czy wzmocniona tkanka mięśniowa, albo bardziej giętkie fragmenty ciała nie okażą się czymś pożądanym?

Z powodzeniem może tak się właśnie stać – tylko wtedy powstanie pytanie, co z takim fantem uczynić. Czy należy potraktować to jak zwyczajny doping i zakazać takich praktyk, a potem stosować odpowiednie przepisy z całą stanowczością i surowością? A może nie należy obrażać się na taki fakt i pozwolić ludziom dowolnie modyfikować swoje ciała, by na zawodach mogli oni łatwiej bić kolejne rekordy?

Oba rozwiązania mają swoje plusy i minusy. Jeśli mikroimplanty byłyby w tej samej kategorii, co środki dopingujące, to trzeba by było wprowadzić szczegółowy system kontroli takiego zjawiska – czyli testy podobne jak w przypadku zażywania substancji zakazanych. Tym razem jednak chyba zamiast pobierania próbek moczu stosowniejsze będą regularne prześwietlenia rentgenowskie sportowców i sportsmenek.

Jeśli uznamy wszczepianie sobie różnych rzeczy za normalną część sportu, to na pewno zostaną poprawione rekordy w wielu dyscyplinach, być może też same stadionowe widowiska okażą się ciekawsze. Pojawi się jednak pytanie, ile w tym wysiłku ludzkiego, a ile technologii? Czy nie dojdziemy do momentu, w którym dyscypliny typowo fizyczne ciężar rywalizacji przeniosą w dużej mierze na technikalia?

Ile elementów jesteśmy w stanie zainstalować w naszym ciele? Kiedyś – być może – niezliczenie wiele (fot. ThisIsEengeniering, Pexels).

“Lepsze myślenie” w zasięgu wzroku?

Rozprawiamy jednak o czystej, „mięśniowej” fizyczności, a różnego typu implanty mogą wpływać także na nasz mózg. Punktem wyjścia niech będą tu znowu walki z różnymi trudnymi ograniczeniami – media od lat wspominają, że naukowcy pracują w pocie czoła nad wszczepami pozwalającymi na przywrócenie wzroku czy na zapobiegnięcie rozwojowi Alzheimera.

Zwłaszcza ta ostatnia opcja wydaje mi się szalenie ciekawa i potrzebna, bo niczego nie boję się tak bardzo, jak znacznej utraty zdolności umysłowych na starość – nawet jeśli od czasu do czasu zdarza mi się z mózgu nie skorzystać…

Czemu więc w bliższej, dalszej przyszłości nie miałyby się pojawić modyfikacje naszego mózgu wynikające nie z konieczności, ale zwykłej chęci? Czemu ja, matematyczny tłuk, nie miałbym skorzystać z okazji i nie stymulować tych obszarów mózgu, które poprawiły by moje zdolności związane z liczeniem?

Może udałoby się też sprawić, że dokonywałbym lepszych analiz logicznych, może potrafiłbym lepiej i dokładniej pojąć chociażby grę w szachy? Nie można takich rzeczy wykluczyć, choć przecież obecnie o ludzkim mózgu – czy bardziej o funkcjonowaniu naszego umysłu – jeszcze nie wszystko wiemy.

I tak jak w przypadku sportu, także i tym razem trzeba będzie zastanowić się, czy taki implant należy traktować w wielu przypadkach jako atut, czy jako skazę (oczywiście pomijam kwestię poprawy zdrowia – żebyśmy się dobrze zrozumieli).

Czy człowiek ze wspomaganym mózgiem powinien być wykluczany z konkursu debat oksfordzkich? Może powinien mieć mniej czasu na maturze, jeśli jest na tyle młody, bo w jego klasie nie każdy ma implant stymulujący mózg? Czy na rozmowie o pracę podobny wspomagacz będzie atutem, zwiększającym nasze kompetencje, czy może świadectwem tego, że bez technologii nie dalibyśmy rady na danym stanowisku?

Portetyka to wspaniała sprawa – i pewnie będzie jeszcze lepsza! (fot. cottonbro, Pexels).

Przyszłość należy do modyfikacji?

To wszystko brzmi jak pewna abstrakcja, ale loty  odbywane przez ludzi też były kiedyś abstrakcją, marzeniem i zwykłą fantastyką. Protetyka czy implantologia to działki, które warto śledzić z uwagą, bo będą niebawem zmieniać życie nas wszystkich.

W zeszłym roku Musk chwalił się, że implant stworzony przez jego firmę Neuralink jest tak mały, że mógłby go mieć w głowie i nikt nawet by się nie zorientował. „Może już go mam” – żartował. Kiedyś to nie będzie żart, tylko zapewne rzeczywistość znacznej większości z nas.

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Powiązane posty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *