1 czerwca weszła w życie nowelizacja prawa o ruchu drogowym, zapewne ku uciesze wszystkich uczestników owego ruchu. Jeden z wprowadzonych przepisów dotyczy zakazu korzystania ze smartfonów w trakcie przechodzenia przez jezdnię. Punkt ten, choć dodany zapewne w dobrych intencjach, będzie niebawem tak martwy, jak mój poprzedni smartfon, który wypadł mi na chodnik.

Jeśli ktoś jest fanem nowych technologii – a podejrzewam, że na SmartMe takowych nie brakuje – to na pewno w większym lub mniejszym stopniu daje sobie czasem napsuć krwi ludziom, którzy, niczym w jakimś karykaturalnym memie, jak mantrę powtarzają „a kiedyś to byoooo, kiedyś to byyyoooo, nie to co teraz, kąkutery tylko”.

Z czasem człowiek przyzwyczaja się już do takich narzekań, że najlepszy to był rok 1965, 1985, 2005, a potem to już proszę pana syf, kiła i mogiła i w ogóle po co to komu. Mimo to ja sam wciąż się łapię dalej za głowę widząc, jak taka narracja – nie podparta niczym więcej, niż silną emocjonalnością – zdobywa szeroki poklask. Oczywiście w mediach społecznościowych, o ironio.

O ile rozumiem, z czego ona wynika – a wynika z poczucia nostalgii za latami beztroskiej młodości – o tyle nie potrafię jej zrozumieć i ja sam, nostalgik do kwadratu, mam ogromną nadzieję, że nie wpadnę nigdy w tę pułapkę. Pułapkę, w której głównym chochołem do okładania, wisienką na torcie niechęci, okazują się smartfony.

O nie, spójrzcie tylko na tych zapatrzonych w ekrany ludzi, dlaczego oni tak robią, dlaczeeeeego? (fot. Romand Odintsov, Pexels)

Smartfony złe, niefajne, niedobre

Smartfony, z których dziś korzystają wszystkie pokolenia, niezależnie od wieku, z jednej strony są stałym elementem naszego życia codziennego i narzędziem ułatwiającym nam znacząco życie, z drugiej zaś strony stanowią symbol jakiegoś wyimaginowanego technologicznego zepsucia, cyfrowego zniewolenia, które na siebie, jako rodzaj ludzki narzuciliśmy.

Jest taki artysta – Paweł Kuczyński. Artysta, który budzi we mnie doskonale mieszane uczucia, bo z jednej strony doceniam mocno śliczną kreskę, która objawia się we wszystkich jego pracach, z drugiej strony niesamowicie mnie nudzi fakt, że rysownik w kółko wałkuje temat złych nowych technologii.

Social media są u niego porównane do jakiejś dziwnej substancji, którą sobie wstrzykujemy, albo budzą skojarzenia z korytem lub  więzieniem. Nie wszystkie ilustracje takie są, to prawda, ale jedna szczególnie zapadła mi w pamięć.

Kiedy Pokemon GO żyło – bardzo krótko – pełnią życia, to Kuczyński stworzył ilustrację, na której młody chłopak pochyla się nad smartfonem, a jego szyi dosiada Pikachu, który wodzi za lejce sterując ewidentnie biednym młodzianem.

Gdy zobaczyłem ten rysunek uświadomiłem sobie, że narzekanie na smartfony to jest sztuka dla sztuki (hehe), bo w ostatnich latach nie było zjawiska – nie bójmy się tego słowa – w tak brawurowy sposób łączącego rozrywkę elektroniczną z wychodzeniem do ludzi i na otwarte powietrze, jak Pokemon GO. To z premierą tej gry okazało się, że dla starszych pokoleń nie jest problemem to, że dzieci „już się nie bawią na dworze” (bujda straszliwa), tylko że mają czelność spędzać czas inaczej niż oni za lat szczenięcych.

Sam doskonale wspominam PokeGO, mimo, że w momencie premiery miałem niemal dokładnie 22 lata, a więc byłem już starym koniem, co to mu nie przystoi dobra zabawa. Dzięki grze odkryłem wiele wspaniałych miejsc (Kto by przypuszczał, że za Biedronką w Sosnowcu jest gęsia ferma?), zobaczyłem, jak dobrze potrafią bawić się przy użyciu komórki rodzic z dzieckiem (dwie pokegeneracje) i nawet poczułem pewną śmieszną wspólnotę z ludźmi, z którymi biegałem po Parku Śląskim, bo na drugim jego końcu pojawił się Dragonite. No ale wiadomo, smartfony złe i się nie interesuj, bo rozpikselizowanej gęby dostaniesz.

Smartfony są więc tym najbardziej zgniłym jabłkiem, niczym w soczewce skupiają całe zło nowoczesnych technologii, które robi ludziom wodę z mózgu i wypaczają ich relacje społeczne. To nic, że często gardłują o tym ludzie, którzy z nich korzystają, albo zastępują je wielogodzinnymi seansami telewizyjnymi, lub też nie dostrzegają, że X lat temu ludzie wcale nie gawędzili wesoło w tramwaju, tylko zamiast patrzeć w ekran, zasłaniali się gazetą, byle nie spoglądać na współpodróżnych.

Smartfony to bez wątpienia źródło pewnych trosk, ale mają – zdecydowanie – więcej plusów (fot. Free-Photos, Pixabay)

Dura lex czy durne lex?

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo przy nowelizacji przepisów ruchu drogowego nie umknął ważki problem zakazu używania telefonu („lub innego urządzenia elektronicznego” ) przy przechodzeniu przez jezdnię lub torowisko, jeśli jest to czynione w sposób,  „który prowadzi do ograniczenia możliwości obserwacji sytuacji na jezdni, torowisku lub przejściu dla pieszych” (art. 14, pkt 8).

Innymi słowy jeśli w trakcie przechodzenia przez pasy będziesz patrzeć w ekran swojego telefonu, to hyc, przepis złamany, mandacik się należy – a przynajmniej ja tak rozumiem ten zapis. I jest on dla mnie efektem niczego innego, jak ogólnospołecznego przeświadczenia, że ludzie masowo podążają na śmierć pod koła TIR-a, bo grają akurat w trzydziestą część Angry Birds albo scrollują Instagrama.

Z kolei portal Spider’s Web dokopał się do raportu Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego z 2018 roku z którego wynika, że tylko 5% pieszych używa smartfonów w trakcie przechodzenia przez jezdnię, a wiadomości pisze wówczas mniej niż 1% z nich. Ile z tych osób brało udział w wypadku spowodowanym przez zapatrzenie się w telefon? Z całą pewnością mniej.

Tymczasem pojawiają się takie akcje jak „Odłóż smartfon i żyj!” przestrzegające przed nieuwagą na drodze czy torowisku spowodowaną zapatrzeniem się w telefon. Czy to źle, ze takie akcje są organizowane?

Jeśli kogoś faktycznie ocalą, to jasne, że nie, przy czym od lat w statystykach to kierujący pojazdami przodują w powodowaniu wypadków drogowych, a według badań CBOS z 2018 r. 14% z kierowców przyznało się do sprawdzania różnych rzeczy na smartfonie w trakcie jazdy. Temu zjawisku przydałoby się pewnie poświęcić współmiernie dużo uwagi.

Inną kwestią jest fakt, że „Odłóż smarfon i żyj!” było reklamowane spotem, w którym użytkownicy smartfonów to bezmózgie zombie pchające się pod koła. Filmik w stylu „The Walking Dead” realizatorsko był ciekawy, ale po latach dochodzę do wniosku, że główne przesłanie to hiperbolizacja tematu zmieszana z oklepaną konwencją. Ile razy ten sam przytyk ma trafiać do ludzi? Zdjęcia raka krtani powielane na paczkach papierosów za 50 razem nawet wzruszenia ramion już nie powodują.

Najgorsze jest co prawda prawo głupie, ale zaraz za nim prawo martwe (fot. Sora Shimazaki, Pexels)

Martwym prawem nie zmartwi się nikt

I tu chciałbym przejść do sedna sprawy. Nowy przepis o tym, by nie gapić się w komórkę w trakcie przechodzenia przez pasy ma gdzieś w swojej genezie zapewne szlachetne założenia, by poprawić bezpieczeństwo na polskich drogach. Problem w tym, że jest on zupełnie bez sensu, bo będzie zwyczajnie martwy kilka dni po „narodzinach”.

Czy ktoś sobie wyobraża, że policja będzie wystawać przy każdych pasach, żeby tylko wlepić mandat osobie, która spojrzała na smartfon w trakcie porannej drogi do szkoły lub pracy? Że będzie czyhać niczym tajna agentura na spojrzenia kierowane w telefon? Oczywiście, że nie, chyba, że przyjdzie przykaz z góry co do nabicia konkretnej liczby mandatów w miesiącu (To fakt, czy miejska legenda  – do dziś nie wiem).

W innym przypadku nikt z mundurowych sobie zaprzątać głowy takimi sprawami  nie będzie, tak jak nie widziałem nigdy nikogo spisywanego za palenie papierosa (skoro już się nikotynowej analogii trzymamy) na przystanku komunikacji publicznej, chociaż to też podobno zabronione.

Martwe prawo to głupie prawo, nieużyteczne, a jednocześnie marnujące moce przerobowe machiny państwowej i papier, na którym jest spisywane. Nie należy się też martwić, że wywoła ono pożądany efekt u pieszych – ludzie przyzwyczajeni do korzystania ze smartfonów i idący w pośpiechu na poranny autobus nie będą rozpamiętywać, że nie mogą sprawdzić na pasach czegoś w komórce, bo art. 14 pkt. 8 tego zabrania.

Równie zasadne byłoby wpisanie w przepisy, by nie patrzeć się w niebo, w buty, albo nie czytać gazety. Przecież takie przypadki nieuwagi też się zdarzają. Cały problem leży bowiem zupełnie gdzieś indziej.

Prawdziwe problemy to “holizmy”

Jeśli naprawdę jakaś osoba kompulsywnie wpatruje się w telefon do tego stopnia, że izoluje się w ten sposób od świata, nie zwraca uwagi na wszystkie inne bodźce i nie może tego przyzwyczajenia u siebie wykorzenić, to rozwiązaniem nie jest mandat przewidziany w kodeksie drogowym, albo spot mówiący „jesteś bezmózgiem”.

Rozwiązaniem jest normalizacja kwestii leczenia uzależnień, takich jak fonoholizm czy siecioholizm, u tych osób, które faktycznie mają z tym problem, a nie u których jest to wmawiane przez narrację „hurr durr kiedyś to byo” oraz prawidłowo działająca służba zdrowia na polu psychiatrii i psychoterapii. Z tym, jak wiadomo, jest u nas problem, zwłaszcza przy notorycznie niedofinansowanej psychiatrii dziecięcej. No a ponoć to dzieci i młodzież ma problem z uzależnieniem od smartfonów.

Tak że słowem końca, wszystko, co robicie na drodze, róbcie z głową, również jeśli nie korzystacie ze smartfona, a akurat prawo tego nie objęło. Nawet w tym okrooopnym Pokemon GO było ostrzeżenie, by patrzeć, pod nogi, bynajmniej nie w poszukiwaniu Dragonite’a.

Jeśli czujecie z kolei, że obcowanie ze smartfonem jednak Was pęta, to pomyślcie o przepracowaniu tego tematu, choćby i na terapii, bo to żaden wstyd. Wstydem to jest trochę tworzenie martwego prawa (choćby podszytego dobrą intencją) i uznawanie, ze zadanie rozwiązane i pora na CS-a.

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Powiązane posty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *