Za nami (a raczej za młodzieżą-jeszcze-szkolną) pierwsze w tym roku egzaminy maturalne – przed nami jeszcze kilka tych – bądź co bądź ważnych – sprawdzianów. I tak jak co roku od kilku lat wychodzi na to, że niektórzy mieli łatwiej, bo przedwcześnie poznali temat rozprawki przed testem z polskiego, a to wszystko m.in. dzięki błogosławieństwu technologicznemu.  Czy można takim sytuacjom skutecznie przeciwdziałać? Pewnie nie. Czy to to tak wielki dramat (ba dum tss), jakim się go rysuje? Też chyba nie. Już tłumaczę, dlaczego.

Nie mam najmniejszego zamiaru udawać świętego – w swoim życiu ściągałem na egzaminach więcej niż kilka razy, choć moja degradacja jako uczciwego ucznia odbywała się raczej powoli. W podstawówce byłem prymusem (Z perspektywy czasu myślę, że dosyć irytującym – przepraszam moich kolegów i koleżanki, jeśli zalazłem im kiedyś zbytnio za skórę!), więc nawet nie myślałem o tym, by przygotowywać sobie ściągi. Zresztą umówmy się – podbaza to poziom naprawdę easy, choć zdajemy sobie sprawę z tego dopiero po latach.

W gimnazjum było już trochę gorzej, bo zaczęła wchodzić na pełnej chemia, fizyka i inne przedmioty, z których jestem zwyczajnie cieniutki. Mimo to dalej radziłem sobie całkiem-całkiem i nawet na sprawdzianach z najbardziej znienawidzonych zajęć nie decydowałem się na „pomoce dydaktyczne” – i nie mówię, że to bohaterstwo, po prostu się cykałem.

Potem jednak przyszło liceum i studia i będąc (prawie) dorosłym wiedziałem już, że strasznie szkoda mi czasu na przedmioty, z którymi na pewno nie zwiążę swojej przyszłości. Nie mówię, że wówczas ściągałem na potęgę (bo – chlip – nie zawsze się dało), ale ten wątek zdarzał się w moim życiu z większą lub mniejszą regularnością.

Czy było to uczciwe? No jasne, że nie. Czy mam wyrzuty sumienia? No też nie, bo np. do odebrania komuś w ten sposób miejsca na liście stypendialnej było mi baaaardzo daleko. Nieświadomie ominąłem jednak pewien czas przełomu, fin de siècle, koniec ery.

“Mój Internecie, mój Ty Internecie jesteś mi wszystkim”

Jeszcze 15 lat temu wspomożenie się w jakikolwiek sposób na egzaminach było znacznie trudniejsze, niż… no, chociażby 10 lat temu. Wszystkiemu winny oczywiście brak upowszechniania się pewnych technologii. Za czasów mojej podstawówki jeszcze nie każdy dzieciak miał w ogóle komórkę, a jeśli już, to była to aściągalna Nokia, na której skorzystanie z Internetu sporo kosztowało.

Naturalnym więc było odręczne spisywanie najważniejszych zagadnień na malutkich kartkach i „laminowanie” ich taśmą klejącą, no ewentualnie przygotowywanie wcześniej pliku w Wordzie i dalsze postępowanie wedle schematu. Plus był taki, że przepisując te wszystkie rzeczy uczeń i tak bezwiednie czegoś się tam dowiadywał. No a potem nastało eldorado!

Wraz z miniaturyzacją telefonów (bo taki był trend), pojawieniem się smartfonów pełną gębą i upowszechnieniem się mobilnego Internetu w rozsądnej formie, przygotowanie „suplementów” zajmowało góra 10 minut. Znaleźć materiał, ściągnąć do PDF-a, zapisać zakładkę, zrobić screenshoty. Ot, wszystko, czego było trzeba. Ewentualnie jeszcze poprosić o skrypt kogoś, kto podchodził do sprawy dużo poważniej od nas – i też zerżnąć z komóry.

Ja funkcjonowałem już bardziej w tej smartfonowej erze – i naprawdę niewiele razy zdarzyło się, bym został złapany na swym niecnym występku. Raz kompletnie nie potrafiłem się na studiach nauczyć na jakieś zajęcia z komunikacji społecznej (okropna działka), więc uznałem – a, co mi tam, spróbuję z użyciem telefonu, tak czy siak bym oblał. Oczywiście zostało mi miejsce w pierwszym rzędzie, oczywiście wykładowca mnie wyhaczył i oczywiście słusznie opuściłem aulę. Potem, jak to – hehe student – poszedłem na piwo na Mariacką w Katowicach i jakoś przebrnąłem drugi termin. No ale to jednak była „najciekawsza” przygoda.

Gdy tak sobie wspominam to wszystko, to wydaje mi się, że – gdyby nie moja obawy dotyczące możliwości położenia podobno najważniejszego egzaminu w życiu – to i na maturze mógłbym spokojnie ściągać. Matematykę pisałem na przykład na Sali gimnastycznej – dużej, wypełnionej milionem ławek i kilkoma klasami na raz. Nauczycieli było z tego co pamiętam tylko trzech, więc nie byli w stanie bez przerwy monitorować tego, co się dzieje.

Nawet gdyby przyuważyli, że ktokolwiek ściąga, to – gdyby nie było to zachowanie aż nadto ostentacyjne – to być może by nie zareagowali, bo, sad but true, szkołom jednak zależy na stuprocentowej zdawalności matur, by móc się taką statystyką pochwalić. Nie chcę nikogo oskarżać o taki występek, ale wicie, rozumicie – taka opcja też była.

Podlaska szkoła ostrzegania

Wszystko mogłoby wyglądać jednak zupełnie inaczej, gdybyśmy dostali jakąś ciekawą podpowiedź, przeciek tuż przed egzaminami. Czy oparlibyśmy się wraz z kolegami i koleżankami przed pokusą sprawdzenia na szybkości haseł, o których dowiedzielibyśmy się przez Internet lub przy użyciu tej słynnej poczty pantoflowej? Śmiem wątpić. Takie coś jednak się nigdy nie zdarzyło – obecne pokolenia maturzystów mają jednak takie „granie na kodach” u siebie i cały proces zaczyna nosić znamiona regularności.

Wszystko zaczęło się – jeśli się nie mylę – dwa lata temu, kiedy to nagle w poranek egzaminu z polskiego bardzo podejrzany peak zaliczyła w Google fraza „Wesele elementy fantastyczne”. Cała kontrowersja polegała na tym, że wzrost zainteresowania tym stwierdzeniem nastąpił przed 09.00, kiedy to absolwenci liceów zaczęli pisanie, a sam motyw faktycznie pojawił się na teście. Nastąpiło więc ogólne przekonanie graniczące z pewnością, że doszło do przecieku – raczej lokalnie, bo Google Trends wykazało zainteresowanie akurat „Weselem” głównie w województwie podlaskim.

To samo województwo było również (anty)bohaterem aferki z kolejnego roku, kiedy to bliźniacza sytuacja zdarzyła się z frazą „Lalka ambicja”. Kilka dni temu z kolei dziwnym trafem nastąpił wzrost dotyczący tradycji w „Panu Tadeuszu” i… zgadliście, pojawiło się to na maturze. Mamy więc hat-tricka przeciekowego, choć za trzecim razem w wyszukiwaniu górowało – dla odmiany woj. mazowieckie.

Należy wyjaśnić jedno: analiza ruchu w Google nie powie nam wszystkiego, a – czysto teoretycznie – wyszukiwanie różnych motywów literackich o poranku przed egzaminem maturalnym… no jest raczej naturalne. Być może po prostu był to czysty traf, że akurat „tradycja” weszła tak dobrze – choć trudno w to wierzyć. Skala zjawiska – to jest ile osób poznało temat rozprawki przed czasem – jest trudna do oszacowania, bo potem jeden maturzysta mógł drugiemu zwyczajnie wysyłać link z opracowaniami, więc wpisywanie konkretnych treści w wyszukiwarkę nie było konieczne i nie zostało odnotowane.

Czy zaalarmowana na temat wiekopomnego dzieła Mickiewicza były brać uczniowska z jednej, czy ze stu szkół? Już się pewnie nie dowiemy, zresztą nikogo to już nie obchodziło kilkanaście godzin po odłożeniu długopisów. Czy matury zostaną powtórzone? Na pewno nie, zapomnijcie. Czy Centralna Komisja Egzaminacyjna powinna próbować chociaż podjąć działania, by takim sytuacjom zapobiegać? No ze swojej perspektywy na pewno, ale ten problem jest… raczej nierozwiązywalny.

Jeśli pojawia się jakiś przeciek, to niemal na pewno wygląda on tak, że koperta z testami zostaje przedwcześnie odlakowana w szkole i dalej informacja przechodzi z ust do ust, a potem… do neta. A tam może roznieść się już błyskawicznie daleko poza mury szkolne. CKE musiała by wystawić całodobową wartę nie tylko przy pakiecie testów, ale i przy każdym nauczycielu czy uczniu, żeby nie pojawił się efekt domina. No a to oczywiście niemożliwe do zrealizowania.

Kiedyś to było trudniej (chrum). Teraz przed młodzieżą nowy wszechświat ściągania (fot. RODNAE Productions, Pexels).

Strumień, którego powstrzymać nie można

Z przeciekami będziemy pewnie żyć jeszcze długo, przynajmniej do momentu, gdy matury nie będą w pełni elektroniczne i kodowane na najwyższym poziomie – ale jak wiemy nie ma zabezpieczenia, którego by się i tak nie dało koniec końców złamać… Czy jednak sytuacja jest aż tak dramatyczna?

Przewrotność jest taka, że o ile przecieki ws. matematyki (a są podejrzenia, że i takie się zdarzają) są – hehe – zerojedynkową sprawą, o tyle na polskim nawet przedwczesne poznanie tematu nie gwarantuje wcale sukcesy. Wszystko rozbija się bowiem o pewną uznaniowość oceny – uczeń nawet wykuwając na blachę wszelkie argumenty do rozprawki niekoniecznie zrobi z nich użytek, nie czując zwyczajnie tematyki, pisania jako-takiego oraz nie mogąc… wbić się w ten półlegendarny klucz. Bo to, że Bryk czy Ściąga.pl powiedzą „A”, nie oznacza, że komisja nie powie „B”. I to błogosławieństwo dla egzaminatorów – i zmora dla egzaminujących.

A tymczasem – powodzenia dla maturzystów na reszcie egzaminów! Niezależnie od tego, czy podlaski wywiad znów zadziała, czy nie, pamiętajcie – ten „najważniejszy egzamin w życiu” to wcale nie taka wielka i straszna sprawa, jak się ją maluję. Pozdrawiam, stary koń piszący maturkę w 2013.

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Powiązane posty