Dlaczego gramy w gry? Odpowiedź jest oczywista – dla przyjemności, to w końcu forma rozrywki. Żeby nam tę rozrywkę uprzyjemnić, twórcy wrzucają do swego dzieła często easter eggi i inne znajdźki. I tak zbieramy je po kolei, zachodząc coraz głębiej i głębiej… Aż docieramy do otchłani, w której czeka na nas królik wielkanocny spoglądający z politowaniem.

Ja wiem, że pisanie przy okazji Wielkanocy o easter eggach, czyli przecież dosłownie „wielkanocnych jajach”, nie jest pomysłem ani nietypowym, ani nowatorskim. Ciężko mi się jednak powstrzymać przy takich okolicznościach wiedząc, że choć easter eggi są jedynie dodatkiem do elektronicznej zabawy, to stanowią ważny element kultury graczy (jakkolwiek często wykrzywianej w internetowych żartach)

Zakładam, że większość ludzi kojarzy zjawisko easter eggów – mniej lub bardziej ukrytych w grach treści mających być albo nawiązaniem do innych dzieł kultury, albo zwyczajnie obiektem mocno nietypowym dla danej produkcji, dodanym ewidentnie „na siłę” lub dla żartu. Może nie wszyscy jednak kojarzą, jak stare jest to zjawisko,  a ma już dobrze ponad 40 lat.

A oto i pan Warren Robinett, kilka lat temu. Wielkie dzięki za zmianę historii gier! (fot. Official GDC,, CC BY-SA 2.0)

Od prehistorii do CJ-a

Za praojca wszystkich jaj (i nie mówimy tu o wielkim pterodaktylu) uznaje się grę „Adventure”, która w lipcu 1980 roku zawitała na Atari 2600, a ten sprzęt był jeszcze wyraźniej starszy, bo pochodził z lat 70. W świecie gier to w zasadzie coś w stylu mezozoiku – dawne czasy, gdy większość tytułów tworzyły  po piwnicach i garażach grupki zapaleńców, dalekie od dzisiejszych kombajnów produkcyjnych rozbudowanych do budzących podziw rozmiarów.

I w tamtych właśnie zamierzchłych czasach jeden z programistów, czując, że szefostwo z Atari niesłusznie kazało pominąć w grze nazwiska jej twórców (bali się ich podkupienia przez konkurencję), postanowił się nieco odgryźć i stworzył dostępne jedynie w określonych okolicznościach ukryte pomieszczenie, w którym widniał napis „Created by Warren Robinett”. To był niejako początek jajecznej ery.

Ciężko by było wymieniać wszystkie takie ukryte zawartości we wszystkich grach po kolei, ale z własnego growego doświadczenia mam kilka sympatycznych przykładów wartych odnotowania. A jako, że ukochałem sobie nonsensy, paradoksy i zaprzeczenia, to nie mogę nie wspomnieć o pewnym moście w San Andreas.

W tej grze świat przedstawiony był moim zdaniem – jak na swoje czasy – ogromniasty i przemierzanie fikcyjnego stanu wzorowanego na Kalifornii to samo w sobie była przygoda na długie godziny. Z czasem jednak robiło się coraz więcej fikołków po to, by wejść w różne dziwne miejsca. I tak w pobliżu miasta San Fierro znajduje się Gant Bridge, wzorowany na słynnym Golden Gate.

Na jego szczytowe punkty można się dostać tylko „kombinatoryką” – albo skoczymy ze statku powietrznego na spadochronie, albo użyjemy jetpacka (oczywiście zdobytego słynnym kodem ROCKETMAN). Gdy już nam się to uda, na pewnej ściance widnieje napis „Nie ma tu żadnych wielkanocnych jaj. Odejdź”. Dzięki Rockstar, warto było. Zrobię chociaż screenshota.

W GTA: SA wyjątkowo mnie za serduszko chwycił też rockstarowy autotematyzm, bo w jednej sieci sklepów w grze można zobaczyć (niestety, nie kupić) figurki będące nawiązanie do pozostałych gier tego producenta, a więc Manhunta (ależ on wzbudzał kontrowersje) i Vice City. Zwłaszcza kolorowy Tommy Vercetti robił milutkie wrażenie.

Panie Głuchowski, ja tam dalej czekam na kolejne Metra od pana… (fot. Free-Photos, Pixabay License).

Życie jest jak karton jajek – nigd… A, nieważne!

Innym drobniutkim, ale ciekawym nawiązaniem była kochana przeze mnie egranizacja książki „Metro 2033” i – no właśnie – książki w grze. Po wielu lokacjach były bowiem porozrzucane książki nawiązujące swymi okładkami do dzieł Dmitrija Głuchowskiego. W kontynuacji, Metro: Last Light, pojawił się nawet wyjątkowy smaczek z niewydaną jeszcze książką „Metro 2035”. Choć następna  część była czymś bardzo prawdopodobnym, to i tak takie puszczenie oczka do czytelników było czymś nakręcającym jeszcze mocniej cały hype.

Czasami taka zawartość (bardzo) dodatkowa ma w sobie głębokie pokłady sensu, czasem bywa zrobiona zupełnie „od czapy”, by po tym wszystkim wejść na stałe do kulturowego kodu. Wiem, że młócę w swoich tekstach w kółko kwestię Gothica, ale nie mogę się powstrzymać – także i w przypadku wielkanocnych jaj (i nie są to sMoUcZe JaJaA) ta gra ma co nie co do zaoferowania.

W drugiej części serii wracamy ponownie w okolice, w których nasz bohater przeżywał już wcześniej swoje przygody – Górnicza Dolina jest jednak tym razem wręcz zdewastowana przez walki ludzi i orków. Część mapy jest jednak odgrodzona orkową palisadą, za którą mają się znajdować nieprzebrane hordy orków – hen, aż po horyzont.

No to co – każdy szanujący się gracz musiał to sprawdzić, choćby i z użyciem kodów. Za palisadą nic oczywiście nie ma i był to jedynie zabieg ułatwiający pracę twórcom. Można za to znaleźć notatkę Od Potężnego Krasnoluda z Kosmosu (takie tłumaczenie społeczność zaproponowała dla „The mighty alien dwarf”). Tajemniczy stwór pisze, że zostaliśmy zrobieni w balona i tu nic nie ma, to koniec świata gry. Dodaje, byśmy nie ufali w to, co się nam opowiada i byśmy mieli zawsze otwarte oczy.

No nieźle! O patrzeniu jest też nieco w Gothicu 3 – tam kolejną notatkę od TMAD-a znajdziemy w niedostępnej komnacie,  do której dostać się można tylko na wspomaganiu kodami. „Nie umarłem i cię obserwuję” – napisał znowu krasnolud. Smaczek na dwie części gry.

Nazwiesz go miłym pacyfistą, a może to nuklearny zbrodniarz? (CC BY-SA 2.0)

Najgroźniejszy pacyfista w mieście (Delhi)

Inny ciekawy przykład to błąd, który stał się kanoniczny – choć nie mamy pewności, gdzie kończą się w tym przypadku fakty, a gdzie zaczyna legenda. Sprawa wygląda tak – w pierwszej Cywilizacji Sida Meiera pojawia się postać Gandhiego jako przywódcy cywilizacji hinduskiej.

W przypadku tej „frakcji” współczynnik agresji i skłonności do użycia takich zabawek, jak broń nuklearna, jest bazowo ustawiony  na najniższym możliwym poziomie. W pewnym momencie gry (przy pójściu Hindusów w stronę demokracji) wskaźnik ten spada jeszcze bardziej, w zasadzie poniżej punktu 0, przez co gra może zwariować i sprawić, że Gandhi staje się najbardziej drastycznym skórkowańcem na świecie i spuszcza atomowego krasnala przy pierwszej możliwej okazji.

Ta historia była zabawna przede wszystkim dlatego, że w rzeczywistości Gandhi był zwolennikiem pacyfizmu. Gracze to podłapali i zrobili z tego taki rolling joke, wieczny mem. W kolejnych cywilizacjach jednak twórcy już świadomie umieszczali podobny mechanizm w ramach żartu. Caly wic polega jednak na tym, że ostatecznie sam Meier powiedział, że „nuklearny Gandhi” to bardziej rodzaj legendy niż faktyczny bug (hinduski).

Wybuchy wielkanocne

Są w grach i dosłowne easter eggi. W Vice City możemy przebić się przez jedną teksturę okna i odkryć pokój, w którym dosłownie znajdziemy wielkie jajo z napisem „Happy Easter”. W Worms 4 – nie wiem, jak w innych odsłonach serii – jeśli strzelimy w niektóre obiekty na mapie, to następuje wybuch i otrzymujemy komunikat, że znaleźliśmy literalnie wielkanocne jajo i wiąże się z tym nagroda w postaci 1000 monet, które możemy wykorzystać w wormsowym sklepie zamieszczonym w grze. To o tyle ważne, że uatrakcyjnia rozgrywkę – możemy w ten sposób łatwo odblokować nowe bronie.

I co najważniejsze – pierwszego easter egga zdobywamy strzelając w samochód przypominający DeLoreana z „Powrotu do przyszłości”. Gdy następuje jego wybuch, uruchomiona zostaje animacja startu pojazdu, która już nie pozostawia złudzeń co do odniesień do filmu. Nie będę już wspominał o tym, że Wormsy na twórczości grupy Monty Pythona stoją (święty granat ręczny – ach!).

Największy siłacz – Naizdup w wersji mobilnej (fot. Artur Andrzej, CC BY-SA 3.0)

Jaja rzeczywiste

Czasami producenci gier zdobywają się na odwagę, aby odnieść się do dzieł spoza swojego studia, z reguły jednak czyniąc z tego bardziej sympatyczne wspomnienie, aniżeli prztyczek w nos. W Wiedźminie 2 możemy natknąć się na zwłoki bezimiennej postaci, która jak kłoda drewna legła obok stogu siana. Jej biały strój z charakterystycznym kapturem nie pozostawia złudzeń co do tego, że mamy do czynienia z nawiązaniem do nieudanego „skoku wiary”, którego możemy dokonać w każdej części z serii Assassin’s Creed (jest to wręcz działanie wskazane). Geralt tylko spogląda na rozpłaszczonego na podłożu biedaka i mruczy pod nosem, że „nigdy się nie nauczą”.

Swoją drogą Wiedźmin miał też ciekawie skonstruowane odniesienia do polskiej rzeczywistości – w „jedynce” wspomniany jest Naizdup – wielki siłacz, który wszystko robi na opak (tak, przeczytajcie jego imię od tyłu), niektóre NPC-e rzekną czasem „Gdzie jest prawo i sprawiedliwość” (tak – dobrze pamiętacie, kto rządził w czasie powstawania gry). „Spie***aj dziadu!” też się czasem pojawi, a w Wyzimie lokalnym przywódcą rzezimieszków jest Baranina (Pamiętacie jeszcze takiego mafioza?).

Rodzajów easter eggów i gier, które takie znaleziska zwierały jest multum i nie ma sensu ich po kolei wymieniać. Warto jednak zwrócić uwagę, jak z dosyć przypadkowej próby zagrania na nosie szefostwu stały się ważnym elementem kultury grania, wręcz wyczekiwanym przez odbiorców nowych tytułów, którzy w momencie premiery danej gry ścigają się w doniesieniach na temat ukrytych skarbów i nawiązań.

Jeśli więc macie chwilę wolnego w tegoroczne Święta Wielkanocne, to odpalcie ulubione gry i spróbujcie znaleźć coś, czego wcześniej nie dostrzegaliście. Albo hej – pobawcie się w prawdziwe poszukiwanie pisanek, tak oldschoolowo. W końcu od tego się to zaczęło, prawda?

Smacznego jajka!

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Powiązane posty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *