W przeciekawym filmie „Marsjanin” Mark Watney, astronauta-naukowiec pozostawiony w osamotnieniu na Marsie, w pewnym momencie podejmuje się uprawy ziemniaków. Ma to wymiar nie tylko praktyczny, służący przeżyciu, ale i symboliczny – zasadzenie i zebranie ziemniaków to trochę krok milowy w „uczynieniu ziemi poddaną”, w potraktowaniu „Czerwonej Planety” jako własnej. Jednym słowem w kolonizacji Marsa. Nie wiem, czy w rzeczywistości ziemniaka zwycięstwa pierwsi zasadzą Amerykanie, Chińczycy, czy Elon Musk solo, ale jestem niezwykle ciekaw tego wyścigu.

Czy się Muska lubi, czy nie, to jest to na pewno bardzo ciekawa postać. Mi najbardziej w nim imponuje fakt, że jeśli napisałby na Twitterze „jedzcie Prince Polo”, to popularny, polski wafelek czekoladowy z miejsca stałby się jednym z najważniejszych słodyczy na świecie. I wcale nie przesadzam – ostatnio napisał „Use Signal” i wspomniany komunikator został wręcz zalany próbami rejestracji nowych kont. Ba, akcje firmy po prostu nazywającej się podobnie (Signal Adavance Inc.) skoczyły nagle w górę.

Ten właśnie Elon Musk został ostatnio najbogatszym człowiekiem świata – prześcignął Jeffa Bezosa po tym, jak akcje jego Tesli zanotowały wzrost wartości. Na „Ćwierkaczu”, w odpowiedzi na te wieści, napisał po prostu „Jak dziwnie” i „Cóż, z powrotem do pracy”. Być może wrócił do zajmowania się sprawami Tesli, a może pochylał się właśnie nad SpaceX, inną swoją firmą, która być może jako pierwsza doprowadzi do lądowania ludzi na Marsie.

SpaceX prowadzi bowiem własny program wypraw na czwartą planetę od Słońca i ma on w najbliższych latach nabierać znacząco tempa – najpierw w 2024 roku powinna odbyć się misja bezzałogowa, a w kilku kolejnych latach po marsjańskim gruncie powinni już dreptać pierwsi Ziemianie. By domknąć te ambitne cele, firma ulepsza właśnie Spaceship (nazwijmy go, dla uproszczenia rakietą), który w przyszłości ma stanowić przełom w kwestii kosmicznego transportu.

(aut. WikiImages, Pixabay License)

Houston… wy już wiecie co

Nie chcę tu komplikować narracji, ale być może tak szybka próba lądowania człowieka na Marsie to porwanie się z motyką po Słońce. Ostatni raz w końcu ludzie chodzili po jakimkolwiek ciele niebieskim – prócz Ziemi oczywiście – blisko 50 lat temu. W 1972 roku, w ramach misji Apollo 17 po Księżycu pospacerowali sobie Eugene Cernan i Harrison Schmitt. Od tego czasu – cisza. No a przecież Mars to jeszcze dłuższa, trudniejsza do wykonania i bardziej skomplikowana eskapada niż wyprawa na naszego jedynego naturalnego satelitę.

No i właśnie w gruncie rzeczy o to całe skomplikowanie sprawa się rozbija – chociaż technologia ruszyła od lat 70. z kopyta do przodu, choć dziś mamy na wyciągnięcie ręki komputery o mocy, o której mógł pomarzyć Armstrong z kolegami, to misje załogowe to nadal trudne i skomplikowane operacje, które mogą pożreć setki miliardów dolarów. A to wciąż zbyt wiele.

Gdyby pod powierzchnią Księżyca lub Marsa któraś z sond odkryła złoża ropy, tudzież innego cenionego na Ziemi surowca, i opłacało by się go wydobywać, to zapewne już by tam stała amerykańska baza, albo i wiele baz różnych nacji. Podejrzewam, że tacy Amerykanie na mielonkę dla swoich żołnierzy wydają kwoty większe niż liczą sobie roczne budżety niektórych państw świata, więc chyba nie zastanawialiby się długo. Na razie jednak kosmiczne eskapady tak łatwo nie zwrócą się finansowo – przyniosą nam głównie niezwykłe wrażenia, próbki skał i wiedzę, ale będzie to kosztowny triumf naszej cywilizacji. No a budżety na samej Ziemi trzeba jednak spinać…

Tutaj na scenę wchodzą prywatne inicjatywy pokroju SpaceX, dedykowane do eksploracji kosmosu.  Firma taka nie musi się obawiać, że jeśli wyda na ten cel cały swój budżet, to braknie na szkoły czy armię, a w Arkansas nagle w połowie urwie się autostrada stanowa. Nie jest tak uzależniona od decyzji kolejnych prezydentów, którzy obawiają się, że nieudany program kosmiczny sprawi, że słupki poparcia zachowają się jak meteoroid – zaczną spadać w zastraszającym tempie. Jest więc ciekawym uzupełnieniem dla problematyki podboju kosmosu, rozwijającym się nieco innymi torami.

A swoją drogą – to ogromnych rozmiarów inwestycja, która być może w ciągu kilku najbliższych dekad zwróci się choćby dzięki funduszom, jakie najbogatsi Ziemianie będą skłonni wpłacić na rzecz kosmicznej turystyki. Czy mając odłożonych – zapewne – kilka ładnych milionów dolarów, jakąś okrągłą sumkę, nie chcielibyście nawet tylko przelecieć w pobliżu jakiegoś ciała niebieskiego? No właśnie.

Artemis, siostra Apolla

Mimo wszystko, mimo tych różnych wspomnianych przeze mnie zagwozdek, sama w sobie NASA także ma ambitne plany na najbliższe lata, sypnie groszem (czy też centem) i zdecyduje się – chciałoby się rzec w końcu – na kolejny załogowy lot księżycowy. W 2024 roku na „Srebrnym  Globie” znów mają się pojawić ludzie. Co więcej, Amerykanie chcą dokonać ruchu na miarę Sowietów i pierwszego lotu Walentiny Tierieszkowej – chcą, by niebawem po Księżycu stąpała pierwsza kobieta.

Program kosmiczny, którego się podejmują, niebawem, bo już pod koniec tego roku, powinien wystartować. Rozpocznie się od misji bezzałogowej, a zwać się będzie Artemis, co jest dosyć znaczące, bo Artemis (lub Artemida) to mitologiczna siostra boga Apolla. No a jak zwał się jeden z najsłynniejszych programów, który doprowadził do lądowania ludzi na Księżycu? No właśnie.

Swoją drogą bardzo mi się podoba ten zwyczaj nazywania różnych rzeczy i działań w kosmosie według klucza mitologicznego, który jest zresztą zrozumiały (bo wspólny) dla całej cywilizacji łacińskiej. Być może jednak już niebawem nastąpi „walka bóstw” w przestrzeniach międzyplanetarnych. Na podbój kosmosu mają też chrapkę chociażby Chińczycy, którzy niedawno, z sukcesami, zakończyli kolejną część programu Chang’e – na Ziemię wróciła sonda z próbkami z Księżyca. Nazwa jest chyba nawet więcej niż idealna – w mitologii chińskiej oznacza ona boginię Księżyca, a dla nas, ludzi szeroko pojętego Zachodu, układa się pięknie w słowo „Zmiana”.

Faktycznie, na naszych oczach będą dziać się wielkie kosmiczne zmiany, które będą być może wymagać kolejnej ogromnej rywalizacji, kolejnej „zimnej wojny” w przestrzeni kosmicznej. To, co napędzało programy Apollo czy lot Tierieszkowej, to nie tylko paliwo rakietowe, ale przede wszystkim (a o czym dotychczas nie wspomniałem) poczucie współzawodnictwa, ogromnego prestiżu.

Ten tzw. wyścig kosmiczny przez lata „nakręcał” USA i ZSRR do coraz to nowych wyczynów, rozwijania coraz bardziej skomplikowanych technologii. Budował też poczucie bezpieczeństwa, bo w Waszyngtonie obawiano się dominacji radzieckich sond na niebie, a analogiczny strach występował też w Moskwie. Pamiętajmy, że już na przełomie lat 50. i 60. oba mocarstwa zaczynały się ponadto bawić w detonowanie bomb atomowych wyniesionych przez rakiety na duże wysokości.

Artystyczne przedstawienie łazika Opportunity (aut. NASA/JPL/Cornell University, Maas Digital LLC, domena publiczna).

Czerwona Planeta i czerwone Chiny?

Chińczycy bez wątpienia już dziś mają ambicje, by stać się światowym dominatorem, najpotężniejszym z mocarstw. Czy zdecydują się na zajęcie dawnej roli ZSRR i czeka nas kolejna astronautyczna naparzanka? Moim zdaniem tak właśnie będzie, a do tego w wyścigu kosmicznym pojawią się jeszcze – tradycyjnie – Rosjanie, członkowie Europejskiej Agencji Kosmicznej oraz Hindusi. Wszyscy będą, w mniejszej i większej skali, realizować swoje interesy pozaziemskie. Na razie nie ma wielkich niesnasek na polu inicjatywy publiczne – inicjatywy prywatne , bowiem taka NASA (agencja rządowa) ściśle współpracuje i uzupełnia się chociażby ze SpaceX, zlecając firmie różne badania, projekty i testy. Być może jednak w przyszłości pojawi się konflikt interesów, bo sam Musk uważa, ze potencjalne kolonie na Marsie powinny być niezależne od prawodawstwa ziemskiego i w ogóle powinny stanowić zupełnie oddzielny politycznie byt, niezależny od krajów na „Niebieskiej Planecie”. Ciężko się spodziewać, że  mocarstwa pójdą na takie rozwiązanie, ba, że uda się po raz kolejny powtórzyć taką sytuację dyplomatyczną, jak ta znana w przypadku Antarktydy – kontynent ten jest de iure i de facto niepodzielony między inne kraje, chociaż kilka z nich ma roszczenia terytorialne.

Nim jednak pokłócimy się o (o ironio) ziemię na Marsie, czeka nas jeszcze bardzo długa i żmudna zabawa w bogów, którzy doprowadzą (o ile to się okaże możliwe) do terraformacji planety. Cóż to oznacza? Tyle, że warunki do życia na Marsie nie są tak przyjazne jak u nas i trzeba go uformować na podobieństwo nasze, zmieniając np. ciśnienie atmosferyczne czy doprowadzając do pojawienia się stałych zbiorników wodnych. To wyzwanie, którego z obecną technologią jeszcze się podjąć nie możemy, czysto hipotetyczne zagadnienie. Nawet do wyhodowania ziemniaka jeszcze długa droga. Zobaczymy, czego uda nam się dokonać, nim nasza cywilizacja padnie, zostając jednym z martwych śladów na Drodze Mlecznej, których  – wedle ostatnich badań opisanych na modelu statystycznym – może być naprawdę wiele.

Ja pragnę tylko jednego. Jeśli się kiedyś zadomowimy na Marsie, to mam nadzieję, że znajdziemy pozostałości łazika Opportunity, który dzielnie wykonywał swoją misję przez ponad 15 lat, a potem w dramatycznych okolicznościach zniknął wśród burzy piaskowej. Może miejsce jego elektronicznej śmierci okaże się wspaniałym pomnikiem  tego, jak „Czerwona Planeta” zaczynała być, kroczek po kroczku, naszym kolejnym domem?

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Powiązane posty