Uwielbiam zwiedzać. Kocham podróżować w bliższe i dalsze miejsca i chodzić po nich aż do momentu, gdy moje łydki zapłoną ogniem piekielnym z przeforsowania. Dużo mniej z kolei przepadam za całym ambarasem związanym z przetransportowaniem się w odległe strony. Najchętniej bym się teleportował – ale czy to będzie kiedykolwiek możliwe?

Swoje ostatnie zagraniczne wakacje spędziłem w Lizbonie, w 2019 roku, na kilka miesięcy przed tym, nim pewne choróbsko z Chin wywróciło nasze życia do góry nogami. Wybór tego miejsca okazał się strzałem w dziesiątkę – byłem zachwycony  tym miastem i z przyjemnością wrócę do niego w przyszłości. Jedyny problem z nim polegał na tym, że znajduje się ono na samiutkim krańcu Europy kontynentalnej, w związku z czym podróż do stolicy Portugalii to nieco bardziej skomplikowana sprawa niż wypad do miejscowości obok.

Podróżowałem samolotem, więc nie mogę też bardzo się użalać – to w końcu najszybsza możliwa opcja, dużo wygodniejsza niż przejażdżka samochodem czy pociągiem. Nie jest ona jednak pozbawiona wad – trzeba najczęściej wstać bladym świtem, by dostać się na lotnisko. Jeśli mamy auto, to musimy się zastanowić, gdzie je zaparkować i czy opłata za parking nie pochłonie przypadkiem małej fortuny. Jeśli nie posiadamy auta, to albo trzeba poprosić kogoś o podwózkę, albo wstać jeszcze wcześniej i udać się na autobus, który nas zawiezie pod samo lotnisko.

Na miejscu czeka nas mnóstwo stresu, bo samolot to nie tramwaj i kolejny nie przybędzie za 20 minut.  Jeśli się spóźnimy, to już po – nomen omen – ptakach. Biegamy więc w kółko niczym rodzina tytułowego bohatera filmu „Kevin sam w domu”, szukając z lepszymi lub gorszymi efektami właściwej hali odlotów, punktu odprawy itd. W tym samym czasie mamy z tyłu głowy myśl, że chyba o czymś zapomnieliśmy z domu i przez tydzień na Majorce będziemy musieli obyć się bez tej rzeczy. Czy to był aparat fotograficzny? Może krem do opalania, którego substytut trzeba będzie kupić na miejscu za 50 euro? A może zostawiliśmy dzieciaka, który teraz będzie musiał bronić się przed dwójką włamywaczy?

Na koniec zjadamy szybko kanapkę z szynką i pijemy na hejnał całą butelkę wody, bo za bramką nie możemy mieć tych ściśle zakazanych towarów. Wchodzimy w końcu do samolotu i siadamy na swoim miejscu. Jeśli zapłaciliśmy za to, albo mamy zwyczajnie fart na loterii życia, to dostajemy miejsce przy oknie i możemy sobie pooglądać widoczki. Jeśli nie, to jedyne, co możemy obejrzeć, to tył siedzenia przed nami albo tył głowy współpasażera, który właśnie przez samolotowe okienko wygląda. Jeśli warunki pogodowe są dobre, to w końcu wylatujemy, jeśli nie, to czekamy trochę na ich poprawę i liczymy, że nasza podróż nie będzie wieczorem głównym tematem serwisów informacyjnych.

To oczywiście trochę podkoloryzowana wersja – mówimy tu dalej o najszybszej i najbezpieczniejszej opcji podróży na dłuższym dystansie, która – przy zachowaniu zimnej krwi w trakcie organizacji – nie jest specjalnie uciążliwa. Mimo wszystko dużo bardziej kuszący wydaje się środek transportu, który za jednym pstryknięciem palców potrafiłby nas przenieść  na przeciwległą część kontynentu, a nawet całej planety. Myślę tu oczywiście o teleportacji – ale czy ona jest w ogóle możliwa?

Czy kiedyś będziemy mogli zrezygnować w ogóle z tradycyjnych środków podróży? (fot. OrnaW, Pixabay License).

Internet, ale kwantowy

Do śnienia na jawie o błyskawicznym teleporcie zachęciła mnie informacja o wyjątkowym rekordzie – otóż amerykańsko-kanadyjskiemu zespołowi naukowców (m.in. z NASA, California Institute of Technology, Harvardu i University of Calgary) udało się przetransportować na odległość 44 km, czy jak to się śmiesznie mówi za oceanem, ponad 27 mil, kubity, czyli najmniejsze jednostki informacji kwantowej. Co to w zasadzie oznacza dla ludzkości?

Otóż z dużym prawdopodobieństwem jesteśmy świadkami zaczątków kwantowego Internetu, który ma być nie tylko bardzo wydajny, ale też znacznie bezpieczniejszy od obecnych rozwiązań dotyczących przesyłania danych. Cały proces opiera się o tzw. splątanie kwantowe – dwa kubity łączą się ze sobą i mimo dzielącej je fizycznej odległości przyjmują te same wartości. Łopatologicznie, czyli zrozumiale przynajmniej dla mnie, opisał ten proces serwis Spider’s Web – jeśli kubit w nadajniku np. w Sosnowcu przyjmie wartość 1, to kubit w Warszawie analogicznie zrobi to samo. Uogólniając, mamy tu do czynienia ze zjawiskiem teleportacji kwantowej, co już brzmi bardzo szumnie, ale wymaga jeszcze pewnie wielu lat badań, by ułatwić życie przeciętnemu Kowalskiemu.

Jak zwraca uwagę SpeedTest.pl, na każdy przesłany kubit muszą przypadać jak na razie dwa zwykłe bity informacji przesłanych tradycyjnym kanałem, np. światłowodowym. Rozwój tej technologii to jednak gra warta świeczki, ponieważ – przynajmniej w teorii – transport danych ma być całkowicie bezpieczny, a w przypadku przejęcia informacji splątanie zostaje przerwane, więc potencjalny haker widzi jedynie zakodowany przekaz.

Mam nadzieję, że nigdzie nie pomyliłem się w tym wywodzie, bo sprawa jest nie tylko fascynująca, ale również okropnie skomplikowana. Na tyle złożona, że obecnie ciężko sobie wyobrazić teleportację kwantową jako zjawisko tak powszechne, jak awaria modemu w czasie, gdy mamy do dokończenia jakąś ważną komputerową robótkę. Na razie technologia ta może być wykorzystywana przez najpotężniejsze komputery w warunkach laboratoryjnych, a splątywanie kubitów wymaga chłodzenia układów do poziomu zera absolutnego. To więc (obecnie) raczej ciekawostka, a nie rewolucja.

Internet kwantowy ma być jeszcze bezpieczniejszy (fot. pixelcreatures, Pixabay License).

Teleportacja, ale człowieka

Jednakże takie eksperymenty rozpalają wyobraźnię, bo prawie każdy postęp osiągano małymi krokami. Nasi przodkowie zaczęli od skromnego zaprószania  ognia i oświetlenia jaskini, a dotarliśmy do tak niezwykłego progresu w tej materii, że mogę dziś przypadkiem włączyć wbudowaną w smartfon latarkę i rozładować telefon w 15 sekund – zupełnie nieświadomie i bez wyjmowania z kieszeni. Toż to cud XXI wieku!

Będąc jednak (nieco) poważniejszym, warto się zastanowić, czy przypadkiem – pewnie w dalszej niż bliższej przyszłości – nie będziemy w stanie dokonywać teleportacji organizmów żywych. Czyli w domyśle wysłać się na jeden sobotni poranek do Lizbony, zwiedzić dzielnicę Alfama i wrócić w oka mgnieniu do domu na wieczór. Coś czuję, że branża hotelarska mogła by mieć pewne „ale” do takiego rozwiązania, ale może zawczasu udałoby się po tych wszystkich hotelo-motelach ustawić teleportery.

Nie ukrywajmy, że taki błyskawiczny transport osobowy to marzenie całej ludzkości – świetnie to widać w wielu dziełach kultury. Przy okazji zabawy z kubitami media najczęściej wspominały „Star Treka” – faktycznie, to uniwersum mocno spopularyzowało pojęcie teleportacji. W kreskówce „Strażnicy czasu” robot Larry 3000 był w stanie przenieść siebie i swoich towarzyszy nie tylko w przestrzeni, ale i czasie, dokładając kolejną cegiełkę (podróże w czasie to zresztą świetny temat na zupełnie oddzielne rozważania).

W Burtonowskiej adaptacji „Charliego i fabryki czekolady” Willy Wonka, czyli połączenie przedsiębiorcy, artysty, wynalazcy i niezłego świrola, opracowuje technologię, która umożliwia mu transportowanie czekolady przez sygnał telewizyjny. Scena jest zresztą poniekąd parodią „2001: Odysei kosmicznej”. W świecie Harry’ego Pottera czarodzieje mogą się teleportować sami z siebie, albo używając swoistego transportera – kominka podłączonego do sieci fiuu, ewentualnie tzw. świstoklika.

Takich przykładów mógłbym wymieniać jeszcze tuziny, łącznie z „Dragon Ballem”. Nawet jednak w świecie fantastyki twórcy zdawali sobie sprawę, że proces przenoszenia ludzi z miejsca na miejsce, atom po atomie, może być kłopotliwy. U Wonki tabliczka czekolady musiała być gigantycznych rozmiarów, bo pojawiając się na ekranie telewizora zdecydowanie się zmniejszała. Gdyby Potter się zapomniał przy teleportacji (a jak wiadomo, nie przepadał za tym mykiem), to mógłby wręcz rozerwać swoje ciało na pół.

Podróż, ale z problemami

Czy gdybyśmy wyszli ze świata fantastyki, to nie powinniśmy mieć mimo wszystko dosyć podobnych obaw? Co by się stało, gdyby np. w trakcie teleportacji nadajnik lub odbiornik zostałby nagle odłączony od prądu? Zostalibyśmy na „starcie”, czy zawisnęli gdzieś w przestrzeni jak kosmonauta Aleksiej Leonow? Czy przez błąd maszyny moglibyśmy stracić palec, albo całą kończynę? Skoro – jak na razie – takie kubity po prostu przyjmują identyczne właściwości, to teleportując się tworzylibyśmy kopię samego siebie? Czy gdyby atomy się gdzieś zapodziały, to nie zmieniłby się też nasz rozum i chociażby nasza osobowość?

To fascynujące pytania, które z jednej strony ciekawią, z drugiej strony napełniają głowę sceptycyzmem dotyczącym tego, czy kiedykolwiek teleportowanie się ludzi będzie, po pierwsze, w ogóle możliwe, a po drugie bezpieczniejsze niż nadanie siebie samego w paczce na poczcie. Kto jednak zabroni nam marzyć o tym, że pewnego wieczoru wejdziemy do naszego osobistego teleportera i po chwili będziemy mogli się udać na spacer po Tokio, do dzielnicy Shinjuku albo Akihabara, gdzie kupimy sobie masę nowoczesnej elektroniki?

Na razie jednak cieszmy się, że nauka rozwija, kroczek po kroczku, splątywanie kubitów. Być może kwantowy Internet będzie nam w końcu równie bliski w rzeczywistości, co szybkie wypady do Tokio i Lizbony w naszych snach.

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Powiązane posty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *