Jaki jest najlepszy czas w roku? No, ja bym powiedział, że lato (bo lubię ciepło i mam wtedy urodziny), ale na pewno sporo grono mierzących się z pytaniem o to osób odpowiedziałoby: czas Bożego Narodzenia. To bez wątpienia wyjątkowy okres, który przez lata nie umykał uwadze także twórcom gier komputerowych. Czasami choinkom, bombkom i brzuchatemu panu w czerwonym kubraku poświęcone były całe gry, czasem tylko mody lub mapy, a czasami tylko drobne elementy świadczyły o tym, że przyszła pora na karpia i grzybową. Tak czy inaczej – klimacik był.

Większość mojego dzieciństwa i wczesnej nastoletniości spędziłem na ogrywaniu raczej stareńkich tytułów lub gier budżetowych, które niezbyt obciążały mój przestarzały komputer. To była szkoła życia – rodzice szarpnęli się i kupili mi kompa, który wzbudzał zazdrość wśród kolegów z klasy, po czym minęło kilka miesięcy i był on równie przestarzały jak Commodore 64.  Tyle, że C64 to był klasyk, a mój komp to był szmelc.

W związku z ograniczonymi możliwościami cieszyłem się, gdy w ogóle jakakolwiek gra mi odpalała. Pamiętam, że na jakiejś płytce miałem – uwaga – wersję demo gry zrobione we flashu o nazwie Northpole Showdown. To było chyba moje pierwsze spotkanie z tematyką christmasową w grach.

Świąteczne mordobicie i tradycyjny Kevin

NS to była bijatyka „chadzana” w 2D, w którą można było zagrać w co-opie (ja grałem sam, bo, po pierwsze, demo miało chyba tylko taką opcję, a po drugie kto by chciał ze mną grać w taką niszową gierkę? Tak czy inaczej muszę przyznać, że bawiłem się setnie – sterowało się Elfingtonem i Panzą, kimś w rodzaju pomocników świętego Mikołaja. Obaj protagoniści musieli spuszczać manto robotom pracującym na biegunie północnym, które nagle dostały zwarcia styków i zrobiły się agresywne. Cudo.

Gra i tak cięła mi się niesamowicie, w związku z tym sekwencja, którą możecie zobaczyć na zamieszczonym filmiku, zajmowała mi od 20 minut do pół godziny, zależnie od mojej formy dnia. Niemniej to moje pierwsze świateczno-growe wspomnienie.

Nie będę jednak Was zarzucał w tym tekście jedynie moimi flashbackami z dzieciństwa. Wolałbym odnieść się teraz do powszechnego symbolu Bożego Narodzenia. Czegoś, co każdy z nas kojarzy, czegoś, co jest esencją świąt. Tak, tak, dokładnie – chodzi o „Kevina samego w domu”, oglądanego po raz dziesięciotysięczny. To jest clue, czyż nie?

No i cóż – rynek gier i czerpanie zysków z licencji filmowych są nierozłączne od dawien dawna. To właśnie dlatego w 1991 roku pojawiła się gra Home Alone bazowana na wiadomo-jakim-dziele i traktująca w zasadzie o tym samym: Kevin McCallister broni się u siebie w hacjendzie przed włamywaczami, korzystając z różnych pułapek lub broni (dostosowanych oczywiście do młodszego odbiorcy).

Produkcja przyniosła mieszane recenzje, ale jak widać była opłacalna do tego stopnia, że gdy w kinach pojawiła się druga część przygód postaci odgrywanej przez Macaulaya Culkina, to stworzono także egranizację (piękne słowo, CD-Action mnie go nauczyło) i tego filmu. Home Alone 2: Lost in New York także spotkało się z różnymi ocenami, bywało, że miażdżącymi, ale cóż – dziś mamy przynajmniej fajną konsolowo-pecetową ciekawostkę.

Jak Jazz z Duke’em na Gwiazdkę

Skoro mowa o klasykach, to każdy, kto chodził do szkoły w Polsce na przełomie wieków musi kojarzyć grę, która praktycznie zawsze była zainstalowana na komputerach w bibliotekach, świetlicach i salach informatycznych – mowa o Jazzie Jackrabbicie w różnych odsłonach, w które można było się zagrywać na przerwach.

Pierwsza odsłona tej produkcji doczekała się dwóch specjalnych wydań świątecznych (a przynajmniej do tylu się dogrzebałem) – nazywały się odpowiednio „Holiday Hare 94” i „Holiday Hare 95”. Owe wydania dodawały po prostu po jednym lub po dwóch poziomach „gwiazdkowych (o nazwach „Holidaius”, „Candion” i „Bloxonius”), które utrzymane były w szacie zimowej i na których mogliśmy np. spotkać gotowe do zebrania charakterystyczne cukrowe laseczki, tak często kojarzone z amerykańskimi filmami świątecznymi. No i tradycyjnie mogliśmy trochę poskakać i postrzelać.

Inny klasyk z lat 90.doczekał się christmasowego rozszerzenia w dość pokręconej wersji, ale w sumie pasującej do ogólnej charakterystyki gry – jak i też całej serii gier. Chodzi mi dokładniej o Duke Nukem  3D, który w przeddzień Sylwestra 1997 roku doczekał się expansion packa o nazwie „Nuclear Winter”.

Jak to dokładnie wyglądało? Dość standardowo: ośnieżone mapy, pełne ozdóbek świątecznych i przeciwnicy wyglądający tak, jakby się urwali z jakiegoś piekielnego bieguna północnego. Nic jednak nie odda dobrze tak klimatu tej gry jak opis fabuły, który pozwolę sobie przetłumaczyć z anglojęzycznej Duke Nukem Wiki:

„Święty Mikołaj został schwytany i poddany praniu mózgu przez kosmitów, których wcześniej pokonał Duke. Co gorsza, kosmici są teraz wspierani przez siły wroga, które nazywają siebie Feministyczną Elfią Milicją. Duke Nukem musi udać się na biegun północny, aby powstrzymać Świętego Mikołaja poddanego praniu mózgu i manipulujących nim oprawców” – bardzo w stylu tego uniwersum, nieprawdaż?

Special events, czyli Pikachu przebiera się w czapeczkę

Żeby jednak nie było, że utknęliśmy wyłącznie w latach 90. dziś również nie brak w grach nawiązań do świąt, a tworzenie ich jest o tyle łatwiejsze, że mogą one być wprowadzane w formie czasowych eventów. To piękna tradycja – niemal wigilijnego kalibru.

I tak GTA Online ma swoje „Festive Surprise”, Overwatch ma „Winter Wonderland”, Fortnite może się pochwalić „Operation: Snowdown”, a takie Animal Crossing „Toy Day’em”. Wszystkie te wydarzenia  mają punkt wspólny – w większym lub mniejszym stopniu nawiązują albo do samego Bożego Narodzenia, albo do po prostu okresu zimowego, poprzez zdarzenia online, specjalne prezenty dla graczy, skiny do postaci, wyzwania itd. Wiele osób grających często w wymienione tytuły zapewne nie wyobraża sobie, by na przełomie grudnia i stycznia zabrakło podobnych elementów w ich ulubionych produkcjach.

Czasami urok tkwi także w najmniejszych rzeczach. W FPS-ch onlinie typu Counter-Strike: Global Offensive albo Wolfenstein: Enemy Territory (wybaczcie, że znów się na nie powołuje) w przeszłości mieliśmy już okazję doświadczyć np. elementów bitwy na śnieżki czy wystrojonej na prezent bomby (CS) albo czapeczek Mikołaja lub rogów renifera zamiast hełmów (ET – odpowiednio dla Aliantów i Osi). Prawda, że sympatyczne?

W Pokemon Go, które niby padło, niby nie, już od dawna twórcy puszczają oczko do graczy z okazji świat – już pięć lat temu z ich okazji można było złapać Pikachu w czapce Mikołaja, potem z kolei rozbudowano ten motyw o czapki dla Pichu czy Raichu, dodawano „regularne” zimowe nakrycia głowy itd. To w sumie tak niewiele, a z całą pewnością uruchomiło dodatkowo graczy.

Ostatnie, co mi przychodzi do głowy, to specjalne elementy gier przeglądarkowych, niegdyś bardziej popularnych – tak mi się przynajmniej zdaje. Ja zapamiętałem zwłaszcza jedno nawiązanie: gdy przez króciutki czas grałem w Plemiona, w okolicy świąt na środku mojej osady stawała choinka. Fajna rzecz – ale za pierwszym razem myślałem, że coś mi się w głowie pokręciło i nie pamiętam, że takie coś ustawiałem.

Nawiązania do Bożego Narodzenia w grach to piękna tradycja – i  oby nie umarła. A Wy, drodzy Czytelnicy, macie jakieś swoje ulubione powiązania gier ze świętami? Chętnie o nich poczytam!

Przy okazji życzę Wam fantastycznego Nowego Roku – i do przeczytania!

 

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Powiązane posty

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *