To, że ochrona przyrody to coś szalenie ważnego, wie dziś każdy. W XXI wieku na niektóre ruchy – jak ochrona konkretnych gatunków – bywa już za późno. A co, gdyby przywracanie do życia wymarłych rodzajów zwierząt stało się regułą? Na razie pierwszym krokiem – naprawdę wielkim – ma być „wskrzeszenie” mamuta. W ciągu najbliższych sześciu lat. Sześciu.

Każdy kto mnie zna, ten wie, że uwielbiam ciekawostki historyczne – zwłaszcza takie, które nie mają praktycznego zastosowania, za to lasują mój mózg, sprawiając przy tym, że nie śpię z przejęcia po nocach. Pewnego razu jakiś internetowy anon uświadomił mnie swoją ciekawostką, że Kleopatrze – tej słynnej władczyni Egiptu, która ponoć była olśniewającą pięknością (choć zdania w tej kwestii są podzielone) bliżej było na osi czasu do lotów w kosmos, niż do powstania piramid w Gizie. Być może nawet kiedyś w którymś z tekstów już ten funfact wspominałem, ale niezmiernie mnie on zadziwia.

Jest jednak pewna informacja, która wprawia mnie w osłupienie podobnego kalibru. Otóż – pozostając w klimatach egipskich – chciałbym wspomnieć, że gdy Wielka Piramida w Gizie miała już przynajmniej kilkaset lat, na Ziemi wciąż żyły… mamuty. Co prawda była to już ich zupełna resztka, ale jednak.

Jak oceniają archeolodzy, około 3800 lat temu padł ostatni mamut na naszej planecie – a żył on na Wyspie Wrangla – ląd ten znajduje się na Oceanie Arktycznym, a wchodzi w skład Federacji Rosyjskiej. Ostatnie mamuty zamieszkujące ową wyspę były gatunkiem endemicznym, a więc charakterystycznym tylko dla tego jednego miejsca, a ponadto były specyficzne w swoim jestestwie, ponieważ były karłowate. Niestety, tak jak ich „kuzyni” spotkał ich przykry los kompletnego wymarcia. Fani kapitalnych przygodówek o tytule „Syberia” na pewno czują ten klimat…

Czy taki włochaty przyjemniak znów powróci na naszą planetę? Chciałbym to zobaczyć! (aut. Joseph Smit, domena publiczna).

O start-upie, który wskrzeszał mamuty

Po co o tym wszystkim wspominam? Otóż okazuje się, że być może niedługo trzeba będzie zresetować licznik lat bez mamuta na Ziemi, naukowcy bowiem zabierają się na poważnie do zadania trochę jak z „Parku Jurajskiego” – będą przywracać do życia istoty, które dawno już po tym łez padole nie chodzą, a konkretnie mamuty włochate.

Jak donoszą media najtęższe umysły – pracownicy Uniwersytetu Harvarda – zawiązali start-up o wiele mówiącej nazwie „Collosal”, którego celem jest nic innego, jak przeprowadzenie szeroko zakrojonych prac, które pozwolą wyciągnąć potężne zwierzaki z Tartaru, czy z innego miejsca, do którego udają się po śmierci gigantyczne włochate olbrzymy. Całą zabawa ma opierać się o manipulację kodem genetycznym, a więc o to, co (szaleni) naukowcy lubią najbardziej.

Wydaje mi się, że o podobnych koncepcjach słyszałem już w przeszłości niejednokrotnie – z reguły wówczas, gdy w głębokiej tundrze znaleziono kolejne mamucie kości. Tym razem jednak szykuje się poważna, wynosząca 15 mln dolarów inwestycja z rąk prywatnych w to przedsięwzięcie. Głupio by było więc wyrzucić takie pokłady pieniędzy w błoto, prawda? Co jednak ciekawe, członkowie „Collosal” podeszli do sprawy – jak na moje oko – niesamowicie ambitnie, bo chcą domknąć wszelkie prace w przeciągu najbliższych sześciu lat.

Jeśli im się powiedzie, będzie to oznaczać, że po 3800 latach przerwy (plus-minus oczywiście), w 2027 roku, mamuty włochate znowu nas zaszczycą w całym swoim jestestwie i dokonamy naprawdę gigantycznego przełomu – dosłownie i w przenośni. To jest przecież coś absolutnie fantastycznego – i możecie powiedzieć, że przedramatyzowuje całą tę akcję, ale moim zdaniem jest to w jakiś sposób symboliczne pokonanie śmierci.

Oczywiście nie wiadomo, czy przywrócenie na ten świat mamutów się powiedzie, ale załóżmy, że tak się właśnie stało. Jest rok 2027, ja jestem w tym słynnym wieku chrystusowym, bogacze latają już regularnie w kosmos na wycieczki, a Robert Lewandowski jest cyborgiem i  z metalowymi wszczepami dalej ładuje do siatki ponad 40 bramek w piłkarskim sezonie. No i mamuty włochate zostają zwrócone naturalnemu środowisku.

Dront dodo stał się symbolem wymierających gatunków. Jeśli uda nam się rozpocząć proces “wskrzeszania” zwierząt, to pewnie naukowcy zwrócą uwagę i na jego przypadek… (aut. Frederick William Frohawk, domena publiczna).

Po mamutach czas na dodo?

To byłby moment, który dałby kolejnym naukowcom wiele odwagi, by spróbować odtworzyć także inne gatunki zwierząt – o ile oczywiście zachowałby się, chociażby w szczątkowej ilości, ich materiał genetyczny. Mieliby w czym wybierać  – zmiany klimatyczne, albo działalność człowieka, albo jedno i drugie jednocześnie, unicestwiły całe rzesze zwierząt. Przykładów jest naprawdę sporo, ale – jak podejrzewam – najpierw zabrano by się za te najgłośniejsze.

Chyba jednym ze sztandarowych członków królestwa zwierząt, który stał się symbolem wymarcia, jest ptak dodo (wł. dront dodo), który, podobnie jak w przypadku ostatnich mamutów, zamieszkiwał pewien konkretny obszar, a mianowicie Mauritius. Ostatni przedstawiciel padł w drugiej połowie XVII w., a przyczyniła się do tego jego charakterystyka – ptaki te nie były przesadnie płochliwe, w związku z czym stanowiły łatwy cel w polowaniach. Czterysta lat temu rzadko rozmyślano nad tym, że jak się będzie wybijać jakieś zwierzęta bez opamiętania, to w końcu ich braknie i będzie kaplica. Z jakiegoś powodu zniknięcie dodo stało się słynne, więc to byłby mój pierwszy strzał (niefortunne w tym kontekście sformułowanie) po mamutach.

Innych ciekawych zwierząt, które można by przywrócić jest znacznie więcej. Czyż nie byłoby wspaniale zobaczyć na żywo pięknego dzikiego konia tarpana, dość intrygującą zebrę kwaggę (kwagga?) albo wilkowora tasmańskiego? Może nawet udałoby się, przy odrobinie szczęścia i stosownych funduszach zwrócić światu tura, niegdyś tak charakterystycznego dla dawnych puszcz Rzeczpospolitej Obojga Narodów?

Byłoby pięknie, ale nastręczyłoby to również pewnych kłopotów. Jasne, zwierzęta te żyły dziesiątki czy setki lat temu w środowisku naturalnym, ale w pewnym  momencie zniknęły, a reszta  przyrody została, w większym czy mniejszym stopniu zapewne ewoluując. Trzeba więc będzie odpowiedzieć sobie na arcyważne pytanie: czy przywracając do życia nawet najmniejszy gatunek zwierzęcia zdecydujemy się na jego hodowlę w zamkniętych warunkach, czy może też wypuścimy go do naturalnego środowiska, ryzykując, że taka ingerencja poważnie zachwieje królestwem fauny i flory w posadach?

Taki plan – tj. ponownego wprowadzenia odtworzonego gatunku do środowiska naturalnego – mają naukowcy z Harvarda. Mamuty nie mają bowiem tak o, po prostu sobie hasać ku naszej przyjemności, ale też poprzez swoją obecność wpływać pozytywnie na tundrę i doprowadzać do wzrastania roślin, które mogłyby pochłaniać gazy cieplarniane. Sytuacja win-win: my mamy trochę spokojniejszą głowę w sprawie globalnego ocieplenia, a mamuty włochate… No cóż, po prostu żyją.

Mamucie, wróć – najlepiej w ciągu paru lat

Być może zmyliło was użycie przeze mnie bardzo trudnego słowa „endemiczny”, ale jestem kompletnym laikiem jeśli chodzi o badania genetyczne. Podejrzewam jednak, że w zależności od tego, o jakich gatunkach zwierząt mowa, ich odtwarzanie będzie się różniło skalą trudności. Na pewno nie bez kozery tyle razy przebąkiwało się już w tym kontekście o mamutach, a o takim dodo jak na razie ani specjalnie widu, ani słychu. To będą skrajnie skomplikowane procesy i – mimo naszych płomiennych życzeń – mogą one przynieść fiasko.

Tak czy inaczej warto śledzić postępy „Collosala”. Jeśli jego członkom uda się zrealizować swój, na pozór szalony, plan w ciągu zaledwie sześciu lat, to ja już się nie mogę doczekać. Chcę przed śmiercią zobaczyć tura gdzieś indziej, niż na starym, encyklopedycznym obrazku. Bylebyśmy my, jako ludzie, sami do tego czasu nie okazali się gatunkiem kompletnie wymarłym.

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Powiązane posty

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *