Jakiś czas temu świat obiegła informacja – Rosja się separuje, Rosja się odłącza od globalnego Internetu! I chociaż ogłoszono to na wyrost, to zachęciło mnie to do rozmyślań – a gdyby każdy kraj się odseparował? Potem jednak ruszyłem o krok dalej – a gdyby Internet w ogóle, z dnia na dzień, zniknął?

Jest taki film krótkometrażowy o tytule „Pocztówki z Republiki Absurdu” – momentami nieco przesadzający ze światem przedstawionym, ale ogólnie całkiem niezły. Fabuła opiera się o historię alternatywną – mamy rok 2014, ale komunizm nigdy nie upadł, PRL dalej istnieje i dalej jest satelitą Związku Radzieckiego.

Do Warszawy przyjeżdża para Szwedów by nagrać nielegalnie film o polskiej młodzieży. W jednej ze scen odwiedzają kafejkę internetową, co samo w sobie, jakby się głębiej zastanowić, świadczy trochę o zacofaniu kraju. Na miejscu znajdują przestarzałe komputery, plakaty na ścianach z przekazem w stylu „Uważaj, co robisz w Internecie” i kilkoro internautów. Jeden z nich, poznany wcześniej przez parkę Polak, opowiada im o tym, jak to przychodzi do tej kafejki by poczatować ze swoją koleżanką z NRD. Cały proces odbywa się przez portal Knagolico, co możemy  przetłumaczyć na „Twarzoksiążka”. Tak, w tym świecie to odpowiedź bloku wschodniego dla Facebooka.

A co, gdyby każdy kraj światła miał swoje wewnętrzne, odseparowane sieci – i tylko je? (fot. Yuri_B, Pixabay License).

Precz z zachodnim imperializmem internetowym!

Dlaczego o tym piszę? Bo nie dalej jak tydzień temu przeczytałem informację, że Rosja na poziomie legislacyjnym i technicznym jest gotowa do tego, aby maksymalnie odseparować się od światowego Internetu, jeśli zajdzie taka potrzeba. Co prawda Dmitrij Miedwiediew, którego pamiętamy jako prezydenta Rosji z czasów, gdy akurat Putin nie mógł przez chwilę nim być, ogłosił, że „bardzo by mu się to nie podobało”, ale wiadomo, jak jest.

Choć nie bardzo na razie widać na horyzoncie, jaki kształt miałby ostatecznie przybrać „Runet”, to Kreml już od kilku lat zasadza się na taką operację, przepychając różne rozwiązania prawne. Czy do niej faktycznie dojdzie  – tego nie wiem, ale logistycznie to pewnie dość skomplikowane przedsięwzięcie.

Właśnie czytając o tym rosyjskim, wewnętrznym necie przypomniało mi się to całe Knagolico, a potem zacząłem przypominać sobie reżimy z różnych części świata, które realnie trzymają łapę na ruchu internetowym. Siedząc w Chinach nie dość, że nie dowiesz się zbyt wiele o sytuacji politycznej związanej z Tybetem czy o masakrze na placu Tiananmen, to jeszcze będziesz mieć problemy z normalnym korzystaniem z zachodnich stron – w Chinach „preferuje się”, ponad jakimiś tam Google’ami, Facebookami i Twitterami rozwiązania swojskie, w stylu Baidu, RenRen i Weibo.

W Korei Północnej dostęp do normalnego Internetu to przywilej garstki  ludzi związanych z partyjną elitą czy kręgami dowódczymi armii. Mają tam Kwangmyong, swój własny intranet. Choć nigdy z niego nie korzystałem, to podejrzewam, że bawiłbym się odrobinę gorzej, niż w czasie użytkowania naszego zachodniego netu.

Myśl o takich separowanych sieciach mnie autentycznie przeraża, ale im dłużej prowadziłem na ich temat rozkiminy, patrząc się w ciemny sufit przed snem, tym bardziej moja wyobraźnia kierowała się ku innemu tematowi – a co by było, jakby Internet tak nagle w ogóle zniknął?

I tylko żeby nie było, jak to mawiał Mezo – moje rozmyślania nie są jakimś unikatem, bo podobne wątki pewnie wietrzeją nawet na jakichś forach Kafeterii i Onetu już kolejną dekadę. Marc Elsberg już w 2012 roku posunął się w swoim „Blackoucie” o krok dalej, kreśląc katastroficzną wizję odcięcia ludu od energii elektrycznej. Mimo to zastanówmy się, co by się stało, gdyby wściekły opos poprzegryzał kable w Strefie 51 i doprowadził, metodą domina, do globalnego, bezinternetowego pandemonium?

Świat m.in. bez Pieseła byłby jedynie przykrą parodią rzeczywistości

Pyk – i nie ma memuchów

Ja sam zatęskniłbym, pierwszy raz od wielu, wielu lat, za posiadaniem telewizora w domu. Absolutnie wszystkie bieżące informacje sprawdzam w necie – albo na desktopie, albo na komórce, albo, leżąc w łóżku bez żadnej woli wstawania z ciepełka, na tablecie. Bez podpięcia do sieci musiałbym się przeprosić na dobre z telewizją, oczywiście już po tym, jakby się podniosła z problemów z własnymi zasobami danych, zakopanymi  w offline’owym grobie.

Zacząłbym częściej sięgać po gazety codzienne – choć, będąc bardziej precyzyjnym, zacząłbym to na nowo w ogóle robić, bo dzienniki, w przeciwieństwie do tygodników czy miesięczników, lądują w moich rękach od wielkiego dzwonu, np. gdy kupuję sobie „Przegląd Sportowy” do pociągu. W końcu musiałbym wrócić do regularnego słuchania radia, które, jak wiemy z uniwersum Fallouta, przetrwa każdy kataklizm. No i musiałbym pamiętać, że nie odtworzę sobie według własnego widzimisię playlisty na Spotify.

Niestety, mam pewne skrzywienie dotyczące bycia odciętym od informacji ze świata, ale po ogarnięciu wyżej wymienionych mediów tradycyjnych byłbym w stanie zagłuszyć cały smuteczek w mym sercu. Gorzej, gdybym postanowił poszukać jakichś bardziej specjalistycznych informacji. Nie ukrywajmy, czasy trzymania na półce opasłych encyklopedii minęły w momencie, gdy nawet stara poczciwa Neostrada i jej dzieci zaczęły dźwigać cały trud internetowego życia.

Gdybym więc chciał sprawdzić dowolną informację – np. wyniki wyborów parlamentarnych z 1993 roku, to musiałbym prawdopodobnie wybrać się na poranny jogging do Biblioteki Uniwersytetu Papieskiego, którą mam najbliżej. Nie mając w ogóle pewności, że znajdę tam odpowiednią książkę, bo przecież gdzie miałbym sprawdzić rejestr?

Na szczęście zostawiłem sobie papierowe słowniki języków obcych – bardzo lubię z nich korzystać, mimo, że te online prezentują teraz naprawdę godziwy poziom, a przynajmniej niektóre. Bez Internetu nie miałbym jednak możliwości za jednym pstryknięciem palców sprawdzić, co znaczy „Wenn ist das Nunstück git und Slotermeyer? Ja! … Beiherhund das Oder die Flipperwaldt gersput”. Taka zabawa ze słownikiem zajęłaby mi  sporo czasu, licząc jeszcze dopasowywanie kontekstu, a to, a niech mnie, w zasadzie jedynie dwa zdania!

Nie mogę sprawdzić na szybko pogody – trzeba było wczoraj Zubilewicza obejrzeć. Nie kupię sobie przez Mobilet biletu na tramwaj, więc moknę jak głupi, zaskoczony opadami atmosferycznymi, przed biletomatem. Potem czekam jeszcze trochę dłużej, bo nie miałem jak inaczej sprawdzić rozkładu, niż już na przystanku, więc coś mi się pokręciło i następny kurs jest dopiero za 20 minut. Na mieście nie zapłacę nigdzie Blikiem, a jak będę chciał wrócić skądś w nocy, to lepiej, żebym miał albo zapisany numer taryfy, albo farta, łapiąc gdzieś wąsatego pana taksówkarza po drodze. Ubery wszak nie funkcjonują, a przynajmniej nie na takiej zasadzie, jak obecnie.

Jeśli przegapię mecz Manchesteru United, a potem zapomnę obejrzeć wieczornego serwisu sportowego, no to trochę kiepsko – sprawdzę sobie rano w gazecie. Mój ulubiony film leciał tego wieczoru w telewizji? No bez jakiejś opcji nagrywania będę musiał czekać do kolejnej emisji w TV. Chyba, że pójdę do odrodzonej wypożyczalni płyt video. Netflix? Dobra, zapomnijmy.

Możliwość przekrzykiwania się z Rosjanami w grach online to coś, o co należy walczyć jak lew (fot. ianvanderlinde, Pixabay License)

Gdzie oni są, gdzie oni są? Zabrakło ich, zabrakło ich!

Po co jednak ja wychodziłem z domu? A, no tak, przecież umówiłem się z przyjaciółmi na piwo. Musiałem zrobić to telefonicznie, ale gdybym miał większą awersję do rozmów w tym stylu, to zostałoby mi wysłanie pocztówki, ewentualnie faksu. No, albo po prostu podszedłbym w losowy dzień pod ich okna i rzucił (Prawdziwy oldskul!) kamyczkami w ich okno. Oby nie mieszkali powyżej pierwszego piętra.

Tego by mi chyba brakowało najbardziej przy nieistnieniu Internetu – tej swobody porozumiewania się z ludźmi, szybkich wiadomości, krótkich, długich, video, dźwiękowych. Jakichkolwiek. W trakcie trwającej pandemii bardzo doceniłem ciągły kontakt z bliskimi mi ludźmi, łącznie z możliwością zrobienia sobie wirtualnego „wyjścia na piwo”.

Gdyby nagle zniknęła cała światowa sieć, cofnąłbym się w kwestii relacji międzyludzkich jeszcze pod jednym aspektem – nawet z nikim obcym nie byłbym w stanie podyskutować na jednej z tysiąca grup na Facebooku, do której należę. Moja praca też wyglądałaby zupełnie inaczej, więc nawet ze współpracownikami musiałbym znaleźć inną drogę porozumiewania. W zasadzie to jeszcze przy trwającej pandemii chyba w ogóle by nie wyglądała.

Nie byłbym w stanie – o zgrozo – zagrać nawet z nikim w online. Ani szybkiego meczyku w FIFE, ani długiej partii w League of Legends. Zostałby mi tylko tryb hot seats, o który męczyłbym pewnie każdego gościa mnie odwiedzającego. No, ewentualnie dużo większą uwagę niż zwykle przykładałbym do planszówek wszelkiej maści, od chińczyka po papierowe RPG-i.

Stęskniłbym się pewnie nawet za Rosjanami krzyczącymi przekleństwa przez mało sprawne mikrofony za 60 kopiejek w trakcie rundy Counter-Strike’a. No ale w sumie może niebawem i tak się za nimi stęsknię, gdy odseparuje nas od siebie wielka ściana Runetu.

Ten felieton sponsorowany jest przez Fundację Billa Gatesa (tak naprawdę, to nie) (fot. janjf93, Pixabay License).

Nie tęsknię za tobą, teorio spiskowa

W zasadzie jedynym plusem braku Internetu byłoby dla mnie mniejsze narażenie na czytanie o różnych teoriach spiskowych, od czipów w szczepionkach po fale 5G smażące mózgi Polaków. Świat bez tych n i e s a m o w i t y c h tekstów oraz filmików z żółtymi napisami byłby akurat piękniejszy. Jednakże w każdym innym przypadku życie byłoby bardziej skomplikowane. Nie mówię, że jakieś okrutnie trudne – w końcu pamiętamy, przynajmniej w większości, czasy bez dostępu do szerokopasmowych łączy w domach. Gdyby nam to wszystko jednak odebrano teraz, to żal byłby to potworny, bo funkcjonowanie całego świata opiera się tak naprawdę na Internecie właśnie.

Jest to coś tak oczywistego, że zapomnieliśmy, ile rzeczy nam Międzysieć ułatwia – od durnego biletu za astronomiczne 6 zł na tramwaj (Krakowskie MPK – to dla was ten przytyk), po relacje międzyludzkie.

Gdyby więc pewnego dnia opos faktycznie przegryzł kable, to, po pierwsze, zaryglujcie porządnie drzwi, bo szykuje się niezły chaos przez pierwsze tygodnie, ba, miesiące, a po drugie przygotujcie się na opowiadanie wnukom o internetowym raju utraconym.

Ja wówczas na kolejny felieton zaproszę Was do najlepszych salonów prasowych – to znaczy tych, do których uda mi się po kryjomu podrzucić moje rękopisy.

Brr! Dość tych strasznych perspektyw. Idę oglądać śmieszne koty.

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Powiązane posty