Jak to się drzewiej mawiało, śmierć Naszej-Klasy to tragedia, jednoczesna śmierć Facebooka, Instagrama, WhatsAppa i Messengera to już tylko statystyka. Blackout sprzed kilku dni, trwający ledwie parę godzin, pozwolił nam dojść do kilku bardzo ciekawych wniosków psychologiczno społecznych.

Mniejsze portale i portaliki, korzystające z różnych mniej lub bardziej stabilnych hostingów, notują od czasu do czasu awarie, które kompletnie odcinają je od użytkowników i wydaje się, że jest to stan rzeczy, do którego jesteśmy absolutnie przyzwyczajeni.

Dosyć barwnym przykładem są dla mnie portale sportowe. W Polsce mamy kilka wielkich serwisów ogólnosportowych, kilkanaście całkiem dużych i całą rzeszę pomniejszych stron, które skupiają się na bardzo konkretnych aspektach, np. jednej dyscyplinie albo jednym klubie sportowym. Sam, jako fan Manchesteru United, korzystam z jednego takiego portalu (czy, gdybym miał pisać z pietyzmem godnym pierwszej dekady XXI wieku – wortalu), który – wbrew największej konkurencji – potrafi zaliczyć solidne „zwiechy” i bywa to zjawiskiem regularnie powiązanym z pewnym powtarzającym się czynnikiem.

Najczęściej serwery padają po prostu z powodu ogromnego, punktowego zainteresowania użytkowników, niewspółmiernego do mocy serwera, na którym osadzona jest strona. To zainteresowanie wiąże się najczęściej z jakimś ważnym, epicko wygranym lub beznadziejnie przegranym, meczem, po którym tłumy ruszają cieszyć się / wylewać żale w Internecie. Wówczas nie tylko fani United wchodzą na stronę, ale również kibice drużyny przeciwnej, inni kibice piłkarscy (jak była przegrana – to po to, by się pośmiać) i paru „randomów”. To wystarczy, żeby na dłuższy czas doprowadzić do spadnięcia serwisu z rowerka, ale zacząłem traktować to jako rzecz zupełnie naturalną w przypadku tej strony.

To, co jednak wydaje się mi i setkom milionów użytkowników nienaturalne, to potężna awaria takiego serwisu społecznościowego jak Facebook, który dziś jawi się jako przedwieczna postać z Mrocznej Głębii, która zawsze była, zawsze jest i zawsze będzie, choć w Polsce żyliśmy bez niej mniej więcej do 2009-2010 roku. A jednak do wyłączenia Facebooka doszło, a w chwilowy niebyt portal zaciągnął za sobą także Instagrama, WhatsAppa i bezpośrednio połączony ze sobą komunikator w postaci Messengera. I nie były to problemy trwające kilkanaście minut, lecz jakieś 6-7 godzin, a więc mieliśmy do czynienia z potężnym tąpnięciem w przestrzeni cyfrowej.

Ten obrazek bardzo sprytnie obróciłem do góry nogami, żeby pokazać, że na Facebooku było niefajnie, bo go nie było. Możecie poznać to po fakcie, że cień jest u góry (fot. Mizter_X94, Pixaba License).

Znalazł jeden prosty sposób, jak pomniejszyć swój majątek [ZOBACZ JAK]

O jak wielkim problemie mówimy? Otóż różne media prześcigając się w doniesieniach na temat tego, ile stracił Facebook oraz wszechmocny, oskarżany o bycie Reptilianinem, Mark Zuckerberg. Według różnych doniesień sam Facebook jako marka utracił od 65 mln dolarów (to najczęściej się przewijająca się wartość) do nawet 100 mln dolarów, z kolei majątek „Marka Cukiergóry” miał się zmniejszyć o jakieś 7 miliardów, bo giełda, no cóż, nie zareagowała przychylnie na całą sytuację. Oczywiście facebookowy CEO ma w zanadrzu jeszcze wiele miliardów, a ta strata zostanie w końcu zniwelowana, ale cała sytuacja pokazała, że nawet kilka godzin niedziałania to potężny cios dla imperium Facebooka.

„Imperium” to chyba słowo klucz, bowiem nietypowość całej awarii polegała nie tylko na jej długości, ale również na fakcie, że – jak już wspomniałem – użytkownicy byli odcięci także od dwóch szybkich komunikatorów i – przynajmniej tak jest w moim przypadku – drugiego serwisu, na którym spędza się najwięcej czasu, czyli Instagrama. To już, jak widać, wprawiło nieco w panikę tłumy ludzi i mogłoby śmiało stać się przyczynkiem do dużych badań socjologicznych.

W momencie, gdy serwisy się wyłączyły, w sieci wzrosło nagle zainteresowanie… infoliniami UPC, Play’a itp. Serwis downdetector.pl odnotował też wzrost zgłoszeń awarii wyżej wymienionych i ciężko się pozbyć wrażenia, że jednak nastąpiła korelacja między oboma wydarzeniami. Co jednak gorsze, część ludzi miała nawet w sprawie chwilowej nieobecności Facebooka dzwonić pod 112 – wrocławski radny Robert Grzechnik zaapelował na Twitterze w imieniu znajomego z Centrum Powiadamiania Ratunkowego, by jednak nie blokować linii swoimi utyskiwaniami w tak banalnej sprawie.

Dla części osób obecność w sieci kończy się na portalach społecznościowych – i to zaledwie kilku (fot. Buffik, Pixaba License).

Życie w sieci zaczyna się po 50 awarii Facebooka

Oczywiście nie jest łatwo zweryfikować, czy ludzie faktycznie ruszyli tłumnie, by dzwonić na infolinie dostawców Internetu albo na numery ratunkowe – mamy tu przede wszystkim do czynienia z raczej anonimowymi relacjami ludzi pracujących „na słuchawce”, ciężko się jednak oprzeć wrażeniu, że tak właśnie było, choć mam nadzieję, że mimo wszystko skala zjawiska była jednak niewielka. Tu pojawia się jednak pewien istotny wniosek – dla niektórych Internet kończy się na mediach społecznościowych.

Kiedy ja widzę, że Facebook chwilowo nie domaga, to pierwszym moim naturalnym odruchem jest sprawdzenie innych, niepowiązanych serwisów – wtedy mam pewność, że problem leży po stronie FB, a nie mojego dostawcy internetowego. Niektórzy jednak dosyć panikarsko stwierdzają, że brak ulubionego serwisu społecznościowego = brak dostępu do Sieci w ogóle i jest to mocno niepokojące. Nie piszę tego, aby się wywyższać nad tymi osobami, ale opieranie całej swojej obecności w Internecie na jedynie dwóch-trzech stronach wymagających utworzenia konta to błąd.

Ja o tym, że istnieje grubszy problem z Facebookiem, Messengerem i Instagramem dowiedziałem się bardzo szybko z Twittera i Wykopu, bo zwykli użytkownicy byli szybsi w przekazywaniu informacji niż portale informacyjne, na których trzeba było stworzyć jednak mający te kilka akapitów tekst. Oczywiście dalej jesteśmy w kręgach „soszjali”, ale o ile łatwiejsze jest życie, gdy dywersyfikujemy sobie owe społecznościówki?

Wyjdźmy jednak na moment z kręgu klienteli społecznościówek. Kilka godzin problemów facebookowej części Internetu okazało się zbawienne dla wielu stron informacyjnych, które zanotowały zauważalny wzrost ruchu organicznego z Google’a. Część osób, które mają konto jedynie na FB zorientowała się jednak, że przed telefonem na policję warto przeczytać, co się w ogóle stało. Wspominany już przeze mnie Twitter także zaliczył swoje happy hours, bo ludzie spragnieni kontaktów momentalnie się tam przenieśli.

Dywersyfikacja – trudne słowo, które sprawdziłem w słowniku

To pokazuje jedną, wydawać by się mogło, że oczywistą prawdę – jeśli produkujemy jakieś treści dla innych internautów, to musimy to robić kilkoma kanałami, najlepiej niepowiązanymi, tj. takimi, których nie łączy wspólna sieć serwerów ani jakakolwiek inna cyfrowa infrastruktura. Właściciele stron www mają problem z głowy, ale coraz częstsze wydaje mi się być zjawisko posiadania jedynie fanpage’a na Facebooku, uzupełnionego ewentualnie o jakiś zewnętrzny sklep, najczęściej z gadżetami powiązanymi z daną (niewielką) marką.

Kilka różnych dróg dotarcia do odbiorcy daje zawsze czytelny sygnał – „Hej, co prawda X padło, ale komunikujemy się z wami wciąż przez Y, a nasza strona dalej działa, zapraszamy!”. To nie tylko pozwoli na uniknięcie finansowych strat, ale wręcz może poprawić nasz wizerunek, bo pokażemy, że chociaż się wali i pali, a cywilizacja łacińska trzęsie się w posadach, to dalej jesteśmy łatwo osiągalni dla odbiorców.

Wiem, że po raz kolejny powołuję się na Twittera, ale to jest bardzo dobry punkt odniesienia. Dział marketingu mojego kochanego, rodzinnego i bardzo znanego w Internecie miasta, czyli Sosnowca, robi bardzo dobrą robotę, tworząc przystępny, zabawny i angażujący content na Facebooku. Gdy jednak cukiergórowa machina padła, profil „Sosnowiec łączy” zaczął zagajać na TT o to, jak mieszkańcy radzą sobie bez Facebooka itp. Mała rzecz, a na pewno dobrze wpłynęła na odbiór całej marki, jeśli miasto możemy również traktować w takich kategoriach (moim zdaniem – możemy).

Tymczasem wiele fanpage’ów mogło się z powrotem zaktywizować dopiero po tym, jak FB czy IG stanęły na nogi i wtedy przyszła kolej na żarty w stylu „Jak tam, żyjecie?” – tych był jednak zalew i trudno było zagrać oryginalnie na całej sytuacji.

Facebook oczywiście nabrał wody w usta w sprawie całego blackoutu, informując jedynie krótko, że problem pojawił się w wyniku niezbyt udanej zmiany konfiguracji routerów, które zrządzają ruchem między serwerami portalu (i powiązanych portali/ usług). Więcej się pewnie już i tak nie dowiemy, ale jednak teoria spiskowa o cybernetycznym ataku ze strony sami-nie-wiecie-kogo nie ma na razie jakichś bardziej realnych potwierdzeń.

Tak czy inaczej pamiętajcie, by do sieci trafiać różnymi drogami. A jeśli Messenger z WhatsAppem nie działają, to zawsze zostaje tradycyjny SMS. W najgorszym razie zapraszam na Gadu-Gadu, które chyba jeszcze żyje. Nie byłoby fajnie na moment wrócić do czasów, kiedy zaczynaliśmy komunikację od zdania „CzEśĆ, PoKlIkAsH?”.

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Powiązane posty

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *