Jedno z najbardziej poruszających haseł, jakie wyczytałem w internetowych memach depresyjnych brzmi: „Jest już dla ciebie za późno, by odkrywać nowe kontynenty, ale jeszcze za wcześnie, byś odkrywał nowe planety”. Ta chwytliwa fraza odnosi się do zawieszenia w nie-wiadomo-jakim momencie historii. Co jednak, jeśli chwila jest idealna na inną eksplorację – eksplorację oceanów?

Nasza planeta jest jak dom dziadków na wsi. Można po niej chodzić całe życie, a i tak zawsze znajdzie się jakaś skrytka, o której nie mieliśmy pojęcia. Jakie znalezisko, które zawsze było w jednym miejscu, ale pierwszy raz widzimy je na oczy.

Tak to jest właśnie z Ziemią – chociaż era wielkich odkryć geograficznych jest już za nami, choć podróże przestały już tak elektryzować, jak przed czasami Kolumba, choć znany Europejczykom świat nie kończy się już na Słupach Herkulesa (czyli Gibraltarze i brzegu Afryki)… To zawsze można zobaczyć i doświadczyć więcej.

To dlatego co roku poważne pisma naukowe o bardzo złożonych tytułach ogłaszają kilkadziesiąt razy, że odkryto nowy gatunek zwierzęcia – zazwyczaj niewielkiego i bardzo rzadkiego, jak płaz czy nawet owad z nieprzyjaznej dżungli. Czasami na gęsto porośniętym, prawie niedostępnym zboczu objawi się maciupka roślinka, na którą ludzki wzrok wcześniej nie natrafił, aż do momentu tej jednej wyprawy podróżnika-badacza.

Ile jeszcze nieznanych, śmiesznych żabek na nas czeka? (fot. cocoparisienne, Pixabay License)

Ziemia dzika, wciąż nieodkryta

Czasami jest jednak zupełnie odwrotnie – media rozpisują się o rzeczach, które owiane są tajemnicą i niewiele wskazuje na to, że to się zmieni. Piszą, że w Amazonii są całe połacie ziemi, na której cywilizowany (no, jak dla kogo) człowiek nigdy stopy nie postawił i w zasadzie nie wiadomo, co tam jest. Opisują, jak to gdzieś z daleka – a nawet z lotu ptaka, bo z pokładu samolotu – widać było przez ułamek sekundy Indian z plemienia, które nawet nie wyobraża sobie człowieka unoszącego się wśród chmur.

Donoszą, że na takiej wyspie w archipelagu Andamanów – Sentinelu Północnym – żyje sobie od tysięcy lat całkowicie izolowany lud, którego języka praktycznie nie znamy, a zwyczajów w pełni może nie poznamy nigdy – bo sięgnie nas strzała czy dzida Sentinelczyków, zazdrośnie broniących swej prywatności.

Dalej jednak skupiamy się na powierzchni lądów – a niezbadane skarby natury czekają nas też pod taflą wód.

Trzeba zejść głębiej, mili Państwo

Jakiś czas temu trafiłem na jeden z najgenialniejszych pochłaniaczy czasu w Internecie – stronę autorstwa niejakiego Neala Agarwala o nazwie „The Deep Sea” (dzięki Neal – wiem, że na pewno czytasz moje teksty po polsku). Scrollując w dół witryny możemy badać kolejno, jak głęboko udało się dotrzeć człowiekowi w eksploracji podwodnego świata planety Ziemia. Widzimy też, jakie niezwykłe stworzenia żyją na danej głębokości, a zaręczam – im jest głębiej, tym mamy do czynienia z bardziej fikuśnymi zwierzaczkami.

Nie będę tu opisywał każdego poziomu wodnej głębi – polecam, naprawdę polecam, zbadać ją samemu. Wspomnę jedynie, że blisko powierzchni mamy standardowe okazy fauny – jest łosoś atlantycki, jest manat, jest nawet nurkujący niedźwiedź polarny i błazenek (czy, jak kto woli, „ta ryba co nią był Nemo”).

Nieco dalej widzimy np. różne rekiny, aż docieramy do głębokości 332 metrów – to najdalszy punkt  do którego udało się dotrzeć człowiekowi wyposażonemu w akwalung. Krótko po przebiciu 1000 metra widzimy przedstawiciela żabnicokształtnych. Zapytacie „Cóż to do jasnej ciasnej jest?”. Otóż jeśli widzieliście kiedyś rybę z „latarnią” (de facto wabikiem) na grzbiecie – no to jest właśnie ona.

Tymczasem najniżej położonym miejscem podwodnego świata jest  Głębia Challengera, część  Rowu Mariańskiego znajdująca się ok. 11 000 metrów poniżej poziomu morza. I nawet tam dotarł człowiek.

“Trieste” – w takim cudeńku ludzkość uderzyła o dno dna (domena publiczna).

Niedocenione pole eksploracji

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo wierzę głęboko, że tak, jak ze zrozumiałą fascynacją obserwujemy kolejne wyczyny NASA czy Elona Muska (zwanego pieszczotliwie przez polskich internautów Elonem Piżmo) w kwestii podbijania przestrzeni kosmicznej, tak z równą uwagą powinniśmy „patrzeć pod nogi” przy  badaniu głębin morskich i oceanicznych. Nie tylko potencjalne pozostałości po bakteriach czy ewentualne ślady po wodzie z innych planet się liczą.

Prawda jest taka, że dysponujemy już – z całą pewnością – technologią, która pozwala zbadać dokładnie różne przestrzenie znajdujące się poniżej linii brzegowej kontynentów. Jednakże – przynajmniej w moim odczuciu – nie stanowi to dla ludzkości wielkiego priorytetu. A szkoda – choć może jeszcze przyjdzie mi wypluć takie słowa.

Wyobrażam sobie, że w ciągu kolejnych dziesięcioleci udoskonalimy jako ludzkość kolejne sondy, instrumenty naukowe oraz batyskafy pozwalające na prowadzenia pomiarów i różnych obserwacji w wodnej toni.

To da nam niezwykłe możliwości poszerzania wiedzy o naszej planecie, być może polepszając racjonalne rozpracowywanie problemów podobnych do tych, które zaprzątały głowy dawnych badaczy – w stylu wszystkich Atlantyd i innych Lemurii, a także „kosmicznych” monstrów morskich. Ilu zupełnie nowych przedstawicieli flory i fauny w ten sposób odkryjemy? Sam jeden Neptun raczy to wiedzieć.

Tak wygląda tzw. blobfish, jeśli go wyciągnąć na powierzchnie. Relatable content (aut. Gb89.2, CC0 1.0).

Wyjmij aparat, blobfish płynie

Jednocześnie wyobrażam sobie, że z biegiem czasu nastąpi dokładnie to samo, co w przypadku eksploracji kosmicznej – hype dotyczący podwodnej turystyki stanie się – tak jak w przypadku turystyki kosmicznej – silnie zarysowany. A w przyszłości, wraz z rozwojem pojazdów podwodnych, będzie to rozrywka całkiem powszechna.

Dziś nie jest przecież niczym zaskakującym fakt, że nurkowie robią sobie podwodne wycieczki, albo że całe grupki, zamknięte oczywiście w zabezpieczonych klatkach, z bliska obserwują rekiny. Dlaczego ktoś, mając okazję, miałby się powstrzymać przed wycieczką na kilka kilometrów w głąb oceanu, by zobaczyć te wszystkie świecące ryby i inne dziwne stworzenia wyposażone w długie macki i zakręcające się wypustki.

Widzę przy tym pewien problem – o ile dla poważnego naukowca jest czymś oczywistym i arcyważnym, by jak najmniej zaingerować w badane przez siebie środowisko, o tyle nie każdy zanurzony turysta (czy w ogóle turysta, jakikolwiek) jest w stanie – niestety – ruszyć makówką i zachować się z podobnym poczuciem odpowiedzialności.

Jak często na szlakach i na terenie obiektów zabytkowych widzimy pozostawione śmieci? Niemal nieustannie. Pod wodą oczywiście trudniej zostawić po sobie syf, choć… przypominam, że NA wodzie istnieje, co przypominam z przykrością, zjawisko takie jak Wielka Pacyficzna Plama Śmieci.

Nie bierz glona do doma

To jednak dopiero pół biedy. Ilu turystów z przyjemnością zachachmęcą – zupełnie nielegalnie – „pamiątki” z wypraw? Ilu odłupało sobie kawałek skały Uluru w Australii, kawałek Wału Hadriana albo Muru Chińskiego? Trochę ich było.

Czemu ktoś, zupełnie niepilnowany, przy pomocy swojego prywatnego batyskafu (takich rzeczy nie możemy za X lat wykluczyć) miałby nie zabrać rybki czy glonu do ususzenia na pamiątkę? Co sobie będzie skamieniałość leżała, lepiej jej będzie nad kominkiem.

Inną kwestią, którą moim zdaniem ludzkość przynajmniej rozważy, będą podwodne hotele na większych głębokościach. Ba, może i całe – mniej lub bardziej stałe – miasta, tym razem naprawdę ekskluzywne. Marzenia o tym widoczne są już na starych ilustracjach utrzymanych w konwencji science fiction jak i w powieściach oraz opowiadaniach z podobnych klimatów. Jeśli „science” zrobi się wystarczająco mocna, to „fiction” zupełnie zniknie.

Gorzej, jeśli zalejemy w takim mieście sąsiada. To będzie znacznie większa katastrofa, niż w przypadku awarii pralki.

Piękna ilustracja do przygód kapitana Nemo przedstawiająca Atlantydę. Czy doczekamy się prawdziwych podwodnych miast? (domena publiczna).

Śladami Camerona

Kreślę tu  wizję na poły katastroficzne – w takich sprawach jednak trzeba być nad  wyraz ostrożnym.  Tak jak obawiamy się o stan obszarów leśnych, o czyste plaże, o zachowanie „naziemnych” gatunków zwierząt, ba, o to, czy kosmos – zanieczyszczony coraz bardziej ziemskim szmelcem – będzie czysty, tak trzeba też myśleć o kontekście przyszłego eksplorowania (i pewnie też eksploatacji…) głębin naszej planety.

Na razie (przynajmniej ja tak to widzę) nie dzieje się przesadnie wiele – od kiedy w 1960 roku (!) na dno Rowu Mariańskiego na pokładzie „Trieste” zeszli Don Walsh i Jacques Piccard, trzeba było czekać przeszło 50 lat do drugiego tak medialnego wydarzenia. W 2012 podobnego wyczynu dokonał James Cameron – tak, reżyser m.in. „Terminatora”, „Titanica” i „Avatara” oraz… oceanograf.

Czy niebawem przyspieszymy tempo odkrywania den den (przepraszam, musiałem zrobić ten biedny dowcip językowy)? Mam nadzieję. Czy jednocześnie zadbamy o jak najmniejszą ingerencję w podwodne oblicze naszej pięknej planety? Na to mam jeszcze większą nadzieję.

Tymczasem wracam do przeglądania strony z głębinami.

Bul.

Bul.

 

Bul. O, jaki śmieszny pimpek.

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Powiązane posty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *