Szczerze powiedziawszy gdy przeczytałem tę informację po raz pierwszy, to pomyślałem sobie, że to jakiś żart w stylu ASZdziennika i innych The Onion, ale jednak nie doceniłem Francuzów – oni naprawdę znaleźli sobie zajęcie w postaci zastępowania anglicyzmu w języku dotyczącym progamerów. O, pardon – w świecie joueurs professionnels. Z jednej strony nie dziwie im się jednak aż tak mocno – z drugiej strony to walka z wiatrakami.

Jeśli kiedykolwiek oglądaliście lub czytaliście Dragon Balla – i mam tu na myśli zwłaszcza oryginalną serię – to na pewno zorientowaliście się, że wątkiem, który stale przewija się przez twórczość Akiry Toriyamy jest motyw „nawracania” wroga. Dotychczasowy przeciwnik staje się sojusznikiem zaraz po tym, jak na horyzoncie pojawia się jeszcze gorszy „złol” – tak było chociażby w przypadku dwóch głównych postaci DB, czyli Goku i Vegety.

To wtrącenie było mi potrzebne dlatego, że lubię po prostu DB (bardzo), a ponadto łatwo wykazać, że taki sojusz nie jest jedynie efektem fikcji zawartej w tekście kultury, ale czymś nad wyraz prawdziwym i spotykanym w świecie rzeczywistym. No bo spójrzcie na taką Anglię i Francję – wspaniały, jaskrawy przykład.

Churchill z de Gaulle’em. Sąsiad nie jest taki zły, jeśli inny sąsiad to prawdziwy skur… kowaniec (fot. War Office, domena publiczna).

Skazani na siebie, na dobre i złe

Anglicy i Francuzi – eufemistycznie rzecz ujmując – w przeciągu wielu wieków nie pałali przesadną sympatią do siebie, jak to zresztą sąsiedzi (przez wodę, ale jednak sąsiedzi). Konfliktów zbrojnych było między nimi co nie miara, antagonizm gonił antagonizm i tak sobie żyli jak Kargul z Pawlakiem. No ale historia to jest przewrotna bestyja.

Tak się złożyło, że w dwóch największych i najstraszniejszych konfliktach zbrojnych, jakie widział gatunek ludzki, Anglia i Francja stały po jednej stronie – ba, były wyjątkowo bliskimi sojusznikami, stanowiąc wraz z kilkoma innym państwami trzon ententy (I WŚ) i aliantów (II WŚ). No i od jakiegoś czasu już po prostu nie idą ze sobą na noże, będąc dla siebie ważnymi partnerami gospodarczymi, militarnymi etc.. Nie oznacza to jednak, że stosunki między oboma narodami nie cechują się różnymi prztyczkami w nos.

Tak jest trochę w przypadku języka – po obu stronach kanału La Manche (tudzież, no właśnie, English Channel), raczej nie propaguje się korzystania z mowy sąsiedzkiej. Ciekawostką jest fakt, że według badań Eurostatu ponad 65% Brytyjczyków nie zna ani jednego języka obcego, bo być może wychodzi z założenia, że skoro angielski to dziś – hehe – lingua franca, czyli mowa powszechnie używana, to nie ma co się przesadnie męczyć z nauką akurat w tej dziedzinie.

U Francuzów cała sprawa wygląda dużo lepiej – tylko niecałe 40% nie zna żadnego języka poza francuskim i ten wskaźnik nie wygląda źle (dla porównania – Polacy wypadają jeszcze lepiej, na poziomie niecałych 33%). Jednak nawet jeśli cała reszta mówiłaby – załóżmy – i po angielsku, to tego raczej na co dzień nie widać.

To oczywiście dowód anegdotyczny, więc nie musicie się do niego przesadnie przywiązywać, ale absolutnie każda osoba z którą rozmawiałem, a która miała okazję pobyć choć trochę we Francji, zwracała uwagę, że panowie i panie znad Sekwany i Loary – nawet mając język Szekspira we władaniu – raczej niechętnie z niego korzystają, preferując mowę narodową. Sam jeszcze nie byłem we Francji na dokładniejszym zwiedzaniu, ale wybieram się tam niebawem – i jeśli to wszystko prawda, to nie wróżę sobie dobrze, bo z francuskiego w liceum zapamiętałem (Niestety!) jedynie to, że w Paryżu można zjeść dobry dżem fiołkowy.

Dlaczego jednak o tym wszystkim piszę? Otóż pomimo tego, że Francuzi i Anglicy są nieco skazani na siebie z różnych względów, a ich języki – czy tego chcą, czy nie, działają na siebie nawzajem od wieków (tak jak i polski z niemieckim), to nasi przyjaciele z kraju Moliera wpadli na kolejny pomysł mający działać przeciwko anglicyzmom. Otóż chcą sfrancuszczenia  (Frankizacji? Frankonizacji? Frankofonizacji?) gadki dotyczącej… świata gier komputerowych.

Czy gracze porzucą anglicyzmy na rzecz rozwiązań z mowy ojczystej? Znów, jak to mawiał klasyk – myślę, że wątpię (fot. Alena Darmel, Pexels).

Nie ma e-sportu. Jest vidéo de compétition

Już tłumaczę. Akademia Francuska, czyli jedna z najważniejszych instytucji naukowych w państwie, której jednym z głównych celów jest regulacja języka, wzięła na tapet zapożyczenia z j. angielskiego w kwestii gamingu. To znaczy – chyba akademia (której zwierzchnikiem jest prezydent), bo tak jest według zagranicznych (przede wszystkim brytyjskich) mediów, z kolei we Francji ton komunikatów wskazuje, że źródeł tego pomysłu należy szukać u Komisji ds. Wzbogacania Języka Francuskiego, związanej bezpośrednio z Ministerstwem Kultury.

Gdzie nie tkwiłyby jednak konkretnie korzenie tego pomysłu, to jest on dosyć… ciekawy. Otóż ma na celu wymianę wielu znanych i powszechnie używanych terminów – np. zamiast progamera preferowaną formą ma być joueur professionnel (profesjonalny gracz; znaczenie dosłownie takie samo),a  zamiast streamera na salony ma teraz wejść joueur-animateur en direct (gracz-gospodarz na żywo).

Cloud gaming to od teraz jeu vidéo en nuage (gra wideo w chmurze; bez zmian w zasadzie), free-to-play to jeu en accès gratuit (gra w bezpłatnym dostępie),  a e-sport to jeu vidéo de compétition (Gra wideo oparta na konkurencji? Chyba takie wolne tłumaczenie miałoby po polsku najwięcej sensu). Season pass to passe saisonnier – i tak dalej.

Jak podkreślono w komunikacie opublikowanym w Dzienniku Urzędowym podane wyżej wersje zmienione oparto po analizie np. prasy i sprawdzono, jakie opcje są już używane w dyskursie powszechnym. Ważne jest jednak to, że to sfrancuszczenie ma być obowiązkowe dla użytkowników administracji publicznej – jednym słowem jeśli Ministerstwo Kultury zorganizuje pod swoim patronatem turniej w Counter-Strike’a (to wcale nie taka abstrakcja), to zapomnijcie, że w materiałach promocyjnych będzie mowa o e-sporcie i progamerach.

Czy takie rozwiązania uważam za słuszne? Z tonu, jakiego już zdążyłem użyć w tekście, możecie się łatwo domyśleć, że nie bardzo i choć językoznawcą nie jestem, to jednak pracuję ze słowem pisanym  i mym nieprofesjonalnym okiem postaram się jednak przyjrzeć sprawie ociupinę głębiej. Najpierw jednak wcielę się w rolę obrońcy takiej linii.

Język to płynna sprawa – konserwowanie go na siłę IMHO mija się z celem (fot. wilhei, Pixabay).

Za i przeciw, for and against, pour et contre

Podejrzewam, że jeśli zapytacie o zdanie 10 językoznawców, to spokojnie 8 z nich przyzna (Wyliczyłem na kalkulatorze, naprawdę!), że należy możliwie jak najmocniej dbać o czystość danego języka i jeśli możliwe jest użycie w zdaniu wariantu już od dawna osadzonego w mowie ojczystej, zamiast nowszego zapożyczenia, to należy zawsze wybierać to pierwsze.

Pod tym względem rozumiem te wszystkie akademie i komisje francuskie – ich misją jest swoista „konserwacja” języka i promowanie bardziej tradycyjnych rozwiązań, bowiem faktycznie, szkoda by było, by wszystkie języki zatraciły całkowicie swój charakter i zlały nagle w jedność, z dominującą rolą angielskiego (i wszelkie niesnaski anglo-francuskie nie mają tu znaczenia).

Jest w tym pewien sens, bowiem choć do całkowitego wymarcia języka francuskiemu z pewnością daleeeeko, to jednak mam inne przykłady pokazujące, że brak pewnej kultywacji doprowadza do realnej śmierci mowy. Ja osobiście boleję nad losami pewnej gwary – zagłębiowskiej – która faktycznie do pewnego stopnia istniała i w śladowej ilości była używana również w moim rodzinnym domu, ale na przestrzeni dziejów traciła na znaczeniu i dziś nikt już o niej nie pamięta. Ślązacy umieli zadbać o swoją mowę regionalną – tę słynną godkę – i teraz moim zdaniem przeżywa ona prawdziwy renesans po latach rugania jej w PRL-u.

Z drugiej jednak strony ja sam osobiście uważam, że język to nie jest rzecz wykuta w skale – a sprawa zupełnie płynna, dynamiczna, poddająca się przemianom, które przechodzi też cała reszta świata. Uchwałą rządową nie zmieni się tego, w jaki sposób ludzie się komunikują – a rozmawiają tak, jak im jest po prostu najwygodniej. Dopóki nie mówimy o używaniu błędów językowych („se” to zawsze mój faworyt), to trudno rugać takie zachowanie, bo języki były, są i będą zależne od siebie nawzajem, będą na siebie nieustannie wpływać. A już zwłaszcza w dwóch przypadkach: „po sąsiedzku” i gdy jeden ma status „światowego.

Tak jest dokładnie w tej sytuacji – a trzeba pamiętać, że proponowane przez Francuzów zamienniki są po prostu… niepraktyczne, bo w większości przykładów znacznie dłuższe od angielskich odpowiedników. To w każdych warunkach mogłoby być męczące – a już na pewno nie przystaje do świata (pro)gamingu, który jest bardzo nowoczesny i dynamiczny.

Nie spina mi się to całkowicie – i wątpię, żeby młodsze generacje Francuzów i Francuzek, które najmocniej skupione są wokół świata gier, przejęło się – bądź co bądź nieobowiązkowymi – wytycznymi od strony rządowej. Życzę znajdowania zawsze w takich sprawach złotego środka – choć to skrajnie niełatwe.

A tymczasem – Bonne journée et bon café!

Polska grupa Smart Home by SmartMe

Polska grupa Xiaomi by SmartMe

Promocje SmartMe

Dodaj komentarz